Co Sowietom zawiniła dziewięciolatka… Dzieci – ofiary deportacji w głąb Rosji sowieckiej

Ojciec Marii Gordziejko brał udział w wojnie z bolszewikami w 1920 roku. Dobrze musiał nakombinować, żeby go przyjęto. Był przecież niepełnoletni. Po demobilizacji wrócił na rodzinne Kresy. Jak wszyscy legioniści, otrzymał do zagospodarowania działkę z nadania marszałka Piłsudskiego. Ożenił się i doczekał trójki dzieci.

Po aneksji Polski przez Sowietów zdał broń, zakopał dokumenty identyfikujące go jako żołnierza Wojska Polskiego i czuł się względnie bezpieczny. Enkawudziści nachodzili rodzinę, domagając się wojskowych dokumentów, ale przecież ich nie było. Jednak i tak został aresztowany. Bliscy stracili z nim kontakt. Wiedzieli, że jest w areszcie MSW u Białorusinów i nic więcej.
 
W bydlęcych wagonach
Wieczór 10 lutego 1940 roku. Dziewięcioletnia Maria zapamiętała walenie do drzwi i kilku uzbrojonych sołdatów panoszących się po domu. Tego roku była sroga zima. Jeden z żołnierzy żywił jakieś ludzkie uczucia, bo poradził gospodyni, by zabrała jak najcieplejsze rzeczy. Na spakowanie mieli pół godziny. Potem zawieziono ich na stację między Brześciem a Baranowicami. Tam kłębił się tłum. Sporo znajomych, kolegów ojca z wojska, leśników... Anna Muszczyk, dziewiętnastoletnia żona leśnika, płakała. 
Pierwsza deportacja, tak jak i pozostałe, była działaniem celowym i przemyślanym. Pracowników leśnych wywożono, bo doskonale znali teren. Legionistów – wiadomo dlaczego. Tylko co mogła Sowietom zawinić dziewięciolatka czy inne dzieci…
Zapakowani „na ścisk” w bydlęce wagony, jechali trzy tygodnie do Workuty. Jedzenia mieli tylko tyle, ile zabrali z domu. Dostawali „kipiatok” (wrzątek), i to najwyżej raz dziennie. Za toaletę musiała wystarczyć dziura w podłodze wagonu. I tak Maria znalazła się w „pasiołku”, czyli miejscu wywózki. – To była podróż po ZSRS na koszt NKWD – żartuje dziś.
 
Trzymała ich wiara i modlitwa
Głód, przejmujące zimno, komary, pluskwy, praca ponad...
[pozostało do przeczytania 54% tekstu]
Dostęp do artykułów: