Tokarczuk zagłosuje na Hołownię

W „nowoczesnym” świecie, żeby nie powiedzieć ponowoczesnym, jak twierdził stalinowski oficer polityczny Zygmunt Baumann, takie rzeczy są na porządku dziennym. Jakie mianowicie? Ano takie, że jeden człowiek wydmuszka lgnie do drugiego człowieka wydmuszki. Bynajmniej nie chcę odmawiać człowieczeństwa komukolwiek, ale mówię o postaciach medialnych. Za takie uważam i Hołownię, i Tokarczuk.

Co więcej, żaden szantaż moralny czy intelektualny nie zmusi mnie do nazywania Hołowni politykiem i tym bardziej Tokarczuk pisarką. Z uporem maniaka będę się upierał, że jeszcze 100 lat temu oboje nie zaistnieliby w dziedzinach, które teraz są ich domeną, albo zostaliby wyśmiani. Zresztą świat tak daleko zszedł na psy, że i piszący te słowa uchodzi za publicystę za sprawą magii internetu, to i większych pretensji do współczesności wnosić nie będzie. Postęp jako taki i rozumiany nie tylko w kategoriach technologicznych nie jest przyczyną tandety. Kobiety na początku XX wieku słusznie walczyły o prawo do głosowania, to nie było „dżender”, ale elementarny ład i sprawiedliwość społeczna. Szkoły koedukacyjne to też postęp we właściwym kierunku. Niestety, w pewnym momencie postęp pomylił się, głównie tym mniej utalentowanym, ale za to bardzo głośnym, z powszedniością. Dziś sztuką nazywa się ostatni chłam w postaci banana przyklejonego do ściany taśmą samoprzylepną. Literaturą nazywa się pamiętniki pensjonarki, napakowane banałami i grafomańskimi metaforami. Politykiem nazywa się wodzireja z potańcówek organizowanych w Ciechocinku. I całe towarzystwo wzajemnie utwierdza się w przekonaniu, że pełnią role, które sobie przypisali. W efekcie Hołownia przeczyta Tokarczuk, a Tokarczuk zagłosuje na Hołownię.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: