Polański i plebs

Felieton [Lubię dinozaury]

O Polańskim po raz kolejny zrobiło się głośno z powodu jego przyjazdu do Łodzi i protestów z tym związanych. I jak zwykle znowu wylało się morze bredni wypowiadanych przez obrońców reżysera. Zresztą nikt nie zrobił większej krzywdy Polańskiemu niż jego salonowi adwokaci. Ci, od których zawsze słyszymy tę samą litanię – że wielkim ludziom wolno więcej, że się od elity należy odczepić, że Polacy nie lubią ludzi sukcesu etc. Bo ci „obrońcy” tak naprawdę mają Polańskiego gdzieś. Jedyne co ich interesuje, to ich własna pozycja. Nie to, co reżyser ten zrobił kilkadziesiąt lat temu. Nie to, czy można mówić w wypadku Polańskiego o „odpokutowaniu” czy wręcz odwrotnie. W końcu nie chodzi o to, jak powinno oceniać się wielkich artystów, którzy jednocześnie dopuszczają się rzeczy podłych. W całej dyskusji o Polańskim on sam jest naprawdę najmniej ważny. Kolejne salonowe autorytety, „profesorowie” w stylu Hartmana, dziennikarze czy komentatorzy TVN, tworzący front obrony
     
57%
pozostało do przeczytania: 43%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze