Polański i plebs

O Polańskim po raz kolejny zrobiło się głośno z powodu jego przyjazdu do Łodzi i protestów z tym związanych. I jak zwykle znowu wylało się morze bredni wypowiadanych przez obrońców reżysera. Zresztą nikt nie zrobił większej krzywdy Polańskiemu niż jego salonowi adwokaci. Ci, od których zawsze słyszymy tę samą litanię – że wielkim ludziom wolno więcej, że się od elity należy odczepić, że Polacy nie lubią ludzi sukcesu etc. Bo ci „obrońcy” tak naprawdę mają Polańskiego gdzieś.

Jedyne co ich interesuje, to ich własna pozycja. Nie to, co reżyser ten zrobił kilkadziesiąt lat temu. Nie to, czy można mówić w wypadku Polańskiego o „odpokutowaniu” czy wręcz odwrotnie. W końcu nie chodzi o to, jak powinno oceniać się wielkich artystów, którzy jednocześnie dopuszczają się rzeczy podłych. W całej dyskusji o Polańskim on sam jest naprawdę najmniej ważny. Kolejne salonowe autorytety, „profesorowie” w stylu Hartmana, dziennikarze czy komentatorzy TVN, tworzący front obrony Polańskiego – bronią samych siebie. Pokazują wyraźnie, że gdy przynależysz do odpowiedniej grupy, powinieneś być bezpieczny. A osądzić cię mogą tylko „równi tobie”. W tym kontekście obrona Polańskiego ma punkty styczne z obroną tzw. wolnych sądów itd. Jest elementem dyskusji o tym, na ile ktoś z zewnątrz „nadzwyczajnych” kast ma prawo decydować o losie ich członków – niezależnie czy mowa tu o sędziach, artystach czy profesorach. W tym kontekście grupy te przypominają dawną arystokrację broniącą swojej, coraz słabszej, pozycji przed próbą objęcia ich tymi samymi prawami co resztę społeczeństwa. Jestem zresztą przekonany, że w głębi duszy poszczególni arystokraci polskiego „salonu” mogą nawet potępiać czyn Polańskiego. Ale i tak nie dopuszczą do tego, by plebs pozwalał sobie na decydowanie o losie jednego z nich.
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: