Dziennikarze, a może cyngle Republiki Okrągłego Stołu?

W filmie „Poszukiwany, poszukiwana” w reżyserii Stanisława Barei z 1972 roku pojawia się intrygujący cytat o poszukiwaniu zawartości cukru w cukrze. Dziś podobny dialog mógłby paść w tragikomedii opowiadającej o współczesnych dziennikarzach III RP, zwanej przeze mnie Republiką Okrągłego Stołu. Pytanie brzmiałoby jedynie: ile jest dziś dziennikarstwa w dziennikarstwie?

Wykształciła się cała grupa ludzi mieniących się dziennikarzami. W rzeczywistości jednak wykonują oni zgoła odmienny zawód – tam, gdzie nie można oficjalnie postawić zarzutów niewygodnemu politykowi, wkraczają właśnie oni – cyngle Republiki, ludzie, którzy wykorzystując sztafaż dziennikarzy, wykonują mokrą robotę na usługach prominentnych oficerów służb specjalnych i własnego kręgu politycznych faworytów. W najlepszym razie robią to po prostu dla pieniędzy.
Zjawisko występuje coraz bardziej powszechnie, trudno tu jednak o namacalne dowody i dokumenty. Nikt nikogo nie złapał za rękę, nikt nikomu nic nie udowodni, wszak swoboda uprawiania dziennikarstwa potrafi ukryć to, co w wypadku służb państwowych trzeba drobiazgowo udokumentować.

Przeciekowcy
Już na początku lat 90. uformowała się w Polsce grupa dziennikarzy znakomicie żyjących z rozpowszechniania rozpracowań przygotowywanych przez służby specjalne. Tam, gdzie służbom nie starczało dowodów lub materiał był nader wątpliwy, wystarczyło dostarczyć „przeciekowcowi” dobrze skonstruowaną historyjkę popartą kilkoma dokumentami wyglądającymi na prawdziwe i ukazywała się publikacja, która natychmiast stawała się pretekstem do wywołania politycznej burzy.
Przykład: przez kilka miesięcy żmudnie i często bez wyraźnych postępów dokumentowałem działalność niejakiego Petera Vogla, o którego istnieniu dowiedziałem się dzięki zbyt długiemu językowi jednego z oficerów służb. Nikt z dziennikarzy nie kojarzył wtedy nawet jego postaci. Historia jak z Dostojewskiego: młody człowiek brutalnie...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: