Zakonnik polskości

Że nie są to pochwały przesadne, niech świadczy fakt, że reklamuję tę książkę już po nominowaniu jej do Nagrody Historycznej tygodnika „Polityka”, z którym przecież nie tylko nie mam nic wspólnego, ale uważam go za zjawisko tak kłamliwe, jak KC PZPR, który sprzeniewierzył tytuł pisma wydawanego przed wojną właśnie przez Giedroycia, a duch tego przeniewierstwa tkwi w tej redakcji nadal. (Przed laty, gdy jeden ze znajomych powiedział mi, że przechodzi z „Tygodnika Powszechnego” do „Polityki”, ze smutkiem mu odpowiedziałem, że jeżeli już musi, to powinien raczej wybrać „Wprost”. Gdy odrzucił tę uwagę pytaniem – „Do tego biuletynu WSI?” – odrzekłem – „A »Polityka« nie jest pismem byłych agentów SB?” – i na to nic już nie powiedział).

Giedroyć należy do tych wielkich patriotów, których III RP skrzywdziła najbardziej. Pokazywano go w kraju tylko wtedy, gdy okrągłostołowi manipulanci mieli wrażenie, że Giedroycia można wykorzystać do własnych podłych gier i antynarodowej propagandy. Korzystali z tego, że Książę był człowiekiem wielkiej pokory, który nie odrzucał nikogo, kto oświadczał się z zamiarem wzmocnienia polskiego bytu państwowego i kulturalnego.

Miałem zaszczyt osobiście poznać tę pokorę i to pragnienie służby ojczyźnie „Na każdym miejscu i o każdej dobie”. W październiku 1981 r. byłem członkiem delegacji Solidarności na spotkania z francuskimi związkami zawodowymi i miejscową Polonią. Byłem przekonany, że jest oczywistością, iż jednym z najważniejszych celów będzie wizyta Lecha Wałęsy w podparyskiej siedzibie „Kultury”. Gdy okazało się, że tak nie jest (Wałęsa tłumaczył, że nie spotka się z Giedroyciem, bo tak uważa Bronisław Geremek, i jednym tchem dołączał odmowę spotkania z Romanem Polańskim ze względu na sprawę pedofilii) zdecydowałem się pojechać tam sam, żeby za tę podłość przeprosić. Giedroyć przyjął mnie z całą swoją wielkoduszną wyrozumiałością i wobec moich prób usprawiedliwiania Wałęsy po prostu zmienił temat.

Tu...
[pozostało do przeczytania 37% tekstu]
Dostęp do artykułów: