Politycy i okultyści

Źródło problemu

W rozmowach, a także publikacjach na temat grup psychomanipulacyjnych często spotykam się ze słowami: „Sekty zawsze kojarzyły mi się ze zdemoralizowanym Zachodem”. Członkowie sekty to ludzie wyalienowani, dziwnie się zachowujący, nazywani powszechnie „nawiedzonymi”. W ostatnich latach terenem ekspansji grup psychomanipulacyjnych stały się kraje postkomunistyczne, zwłaszcza Polska. Do niedawna w świetle naszego prawa nie było bowiem żadnych problemów z założeniem nowego Kościoła. Wystarczyła 15-osobowa grupa i już można było rozpocząć działalność.

Obowiązujące przez wiele lat liberalne prawo zręcznie wykorzystali przywódcy sekt, którzy swoich członków mamią nadzieją na lepsze życie, często lansując teologię sukcesu. Obecnie przychodzi im to tym łatwiej, że nadal znajdujemy się w dość trudnym okresie przełomu społeczno-gospodarczego, niekorzystnie odbijającego się zarówno na całych grupach społecznych, jak i jednostkach. Ponadto Polska jest krajem ludzi religijnych, otwartych na sacrum, o czym guru doskonale wiedzą i co bezwzględnie wykorzystują do własnych interesów.

Po przełomie w 1989 r. liczba zarejestrowanych, legalnie działających związków religijnych w Polsce wzrosła z 37 (1989 r.) do 149 (lipiec 1997 r.), a według dawno nieuzupełnianych informacji KG Policji ze stycznia 1998 r., dalsze 200 sekt działa w podziemiu lub półlegalnie, pod przykrywką stowarzyszeń zagranicznych, instytutów światopoglądowych, szkół medytacji i samorealizacji, głównie na podbudowie filozofii wedyjskiej i buddyjskiej. W „Raporcie o stanie Państwa” z grudnia 1995 r. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego przy Prezydencie RP w rozdz. VII uznało agresywną działalność sekt za niebezpieczeństwo dla sprawnego funkcjonowania państwa i ładu społecznego, ale już rok później sekty nie stanowiły żadnego problemu! I to jest dramatem polskiej demokracji.

Grupy psychomanipulacyjne nie są na świecie niczym nowym. Setki lat temu...
[pozostało do przeczytania 83% tekstu]
Dostęp do artykułów: