Wybieram większe dobro

Moje sumienie niepokojone jest ostatnio każdego dnia. Politycy jednej z partii zarzucają rządzącym oraz wszystkim, którzy ich poparli, że są mordercami. Że w wyniku tak zwanej aborcji codziennie w Polsce ginie z naszej winy troje dzieci, które jedynie podejrzewa się o inność, bo wydawany jest wyrok, a wobec nich nie stosuje się domniemania niewinności. Krew tysiąca ofiar rocznie na nasze głowy.

Każda aborcja jest niewyobrażalną tragedią. Naznacza niezatartym piętnem matkę, ojca, lekarzy, anestezjologów, pozostałe dzieci w rodzinie zabitego, i to zarówno żyjące, jak i te, które dopiero przyjdą na świat. Morderstwo aborcyjne prowadzi do rozkładu lub „zamrożenia” rodziny czy „związku”, kładzie się też cieniem na całą społeczność, a suma tych zabójstw potrafi oddać całe narody we władanie ducha śmierci.

Jak można zatem, będąc katolikiem, wobec tak oczywistego zła nie domagać się od PiS-u zakazu aborcji eugenicznej?

Można. Zobaczmy bowiem, że politycy Konfederacji i ich zwolennicy nie dążą do zakazu aborcji w ogóle. Mówią jedynie o zakazie aborcji eugenicznej. W ten sposób upada jeden z podstawowych elementów ich szantażu, bowiem krew pozostałych mordowanych w szpitalach dzieci spada i na ich głowy.

Po drugie, istnieje w naszej cywilizacji od czasów Cycerona instytucja pozwalająca w sytuacji dramatycznej wybrać większe dobro. Kościół precyzował przez wiele pokoleń definicję i zasady wojny sprawiedliwej. Może mieć ona na celu jedynie odzyskanie bezprawnie utraconej własności lub obronę ojczyzny; celem musi być osiągnięcie pokoju; wojna nie może być prowadzona z nienawiści, żądzy zemsty ani chciwości, lecz jedynie z miłości, sprawiedliwości i posłuszeństwa; rozkaz prowadzenia wojny sprawiedliwej może pochodzić jedynie od monarchy, a w wypadku wojny za wiarę – od Kościoła.

Czy Polacy broniąc siebie i swoich żon, matek i córek w 1920 roku przed bolszewickim, śmierdzącym potopem, byli zbrodniarzami...
[pozostało do przeczytania 49% tekstu]
Dostęp do artykułów: