Zapiski po procesji

Szuranie sandałami o asfalt, pogaduszki z sąsiadem na boku, trzeszczące głośniki, z których dolatują tylko poszczególne słowa, a pieśni eucharystyczne, owszem, śpiewane, ale tylko jedna zwrotka, bo dalej nikt nie zna tekstu. Ci nieliczni, którzy zadbali o śpiewnik, są w beznadziejnej sytuacji, gdyż trudno złapać synchron z prowadzącym śpiew, gdyż głos z prymitywnej aparatury nie dociera nawet do połowy procesji.

Nie przesądzam, że właśnie tak wyglądała celebracja Bożego Ciała w większości parafii, ale wiem, że w podanym wyżej przykładzie wielu czytelników rozpozna własne doświadczenie. A przecież trzeba tak niewiele. Wystarczy zadbać, by ustalone wcześniej pieśni wydrukować na kartkach w odpowiedniej liczbie, położyć na ławkach w kościele, oczywiście przypominając wiernym, że to niezbędny element naszej obecności na procesji. Nagłośnienie też nie musi trzeszczeć i sprzęgać. Postęp techniczny w dziedzinie zasilanych z baterii, lekkich urządzeń audio, miniaturyzacja głośników, łączność bezprzewodowa i konkurencyjne ceny sprawiają, że żaden proboszcz nie może usprawiedliwiać się niedostępnością przyzwoicie brzmiącej aparatury. Zakupione w latach 90. systemy używane na pielgrzymkach i wyciągane dwa razy do roku z wilgotnej piwnicy nie mają prawa dobrze brzmieć. Te pozornie drobne elementy świadczą o trosce, z jaką traktujemy kult boży. Jezus Chrystus, obecny w Najświętszym Sakramencie, zasługuje, by wyjście z Nim na ulice potraktować serio. Niechlujstwo i lenistwo parafian, których nikt nie nauczył, że można zabrać śpiewnik, brak organizacji i przygotowania odpowiednich śpiewów – to antyświadectwo. Kościół dziś przeżywa napaść, jakiej nie pamiętamy od czasów komuny. Przez brak dbałości o godną celebrację świętych obrzędów ułatwiamy robotę tym, którzy marzą o zniszczeniu chrześcijaństwa. Piękno liturgii, pielęgnowanie tradycji i wysiłek, z jakim przygotowujemy procesje, są nie tylko dowodem naszej wiary, lecz także świadectwem ciągle...
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: