Wojna handlowa się rozkręca

Jeszcze niedawno wierzono, że ludzkość doszła do szczytu historii. Wiara ta w jakimś sensie dotyczyła również kwestii ekonomicznych. Gospodarka miała mieć wyłącznie charakter globalny. Kapitał bowiem – głosili zwolennicy tej teorii – nie ma narodowości. Nie ma zatem sensu wszczynanie wojen handlowych, nakładanie ceł czy innych obciążeń na importowane towary. Niemodne, a wręcz nieeleganckie stało się słowo „protekcjonizm”. Ten typ myślenia dominował przez ostatnie dziesięciolecia i w dobrym tonie było jego niekwestionowanie.

Ostatnie lata pokazują jednak, jak utopijne było to podejście. Swojego rodzaju game changerem okazał się wybór Donalda Trumpa na lokatora Białego Domu. Hasło, z jakim ówczesny kandydat wygrał elekcję w 2016 r., brzmiało „Make America Great Again”. I, jak się później okazało, nie był to rzucony na wiatr slogan.
Obecny prezydent USA zwracał uwagę na gigantyczną nadwyżkę, jaką osiągnęli Chińczycy w handlu z Amerykanami. Przekracza ona niewyobrażalną kwotę 400 mld USD. Stąd determinacja aktualnego lokatora Białego Domu, aby odwrócić tę sytuację. Zresztą od dawna trwają naciski na Pekin, aby ten urealnił kurs własnej waluty, której wartość bardzo długo była zaniżana, aby osiągnąć przewagę w handlu międzynarodowym. Nikt jednak nie posunął się do tak drastycznych ruchów jak Trump, który bez pardonu zaczął nakładać wysokie, 25-procentowe cła na liczne produkty importowane z Chin. Ich majowa podwyżka otworzyła nowy etap konfliktu między tymi krajami. Chińczycy zareagowali bowiem, podnosząc narzut na towary z Ameryki, o łącznej wartości 60 mld USD. Wydaje się, że w tej wojnie oba kraje mają dużo do stracenia, jednak zdecydowanie większe ryzyko ponoszą Chiny. W przeciąganiu liny z Ameryką mają znacznie mniej argumentów, chociaż nie brak mocnych ciosów w ich arsenale, które mogłyby zaboleć jedyne supermocarstwo świata.
Należy pamiętać, że Pekin posiada około biliona dolarów rezerw walutowych, czyli równowartość...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: