IPSOS, czyli badziewie

Jaka jest nowa definicji terminu „włos”? Siedem punktów procentowych. To tak à propos „Gazety Wyborczej” z poniedziałku, dzień po wyborach europejskich, i tytułu, który krzyczał z pierwszej strony: „PiS wygrał o włos”.

Cieszymy się triumfem, ale przestrzegam przed triumfalizmem. Nasz triumfalizm to sojusznik PO i Koalicji Europejskiej. Nie wolno popadać w pychę, bo pycha kroczy przed upadkiem. To nie komunał, to prawda, która sprawdza się również w polityce.

„Gazeta Wyborcza” oparła się na wynikach exit poll, które były przeprowadzone przez IPSOS. Tak, ten sam IPSOS, który w wyborach samorządowych A.D. 2018 pomylił się o… 40 proc! Nie, to nie chochlik drukarski: nie 0,4 proc., nie 4 proc. (to też byłby skandal), tylko właśnie 40 proc. Po pół roku od tamtego blamażu, w wieczór wyborczy, po zamknięciu urn w wyborach europejskich nastąpiła recydywa. IPSOS znów się rąbnął więcej niż niemożebnie: w przypadku Konfederacji błąd wyniósł 33,3 proc. (sic!). Wirtualnie o godz. 21 było dla nich ponad 6 proc., w rzeczywistości trochę ponad 4,5 proc. To jest rekord Europy, a może i świata, gdy chodzi o błędy w sondażach. 33 proc. i 40 proc. – tak, to się nadaje do księgi Guinnessa w kategorii „badziewie”.

Gdy gościłem w ostatnich dniach w „Kropce nad i”, pani redaktor Monika Olejnik powiedziała, że IPSOS się pomylił, bo wyborcy PiS ukrywali, że głosują na partię Jarosława Kaczyńskiego. Jeśli tak, to dlaczego wyborcy przyznawali się do głosowania na Konfederację, i to w stopniu o 1/3 przekraczającym realną liczbę tych, którzy na nią zagłosowali? Co to za logika?

Błędy IPSOS-u były tak wielkie, że można mówić o „wielbłądach”. Dotyczy to nie tylko rywalizacji drużynowej, ale też wyników indywidualnych. Oto dla tegoż IPSOS-u europosłanką została Kamila Gasiuk-Pihowicz, a nie Andrzej Halicki. To casus listy KE z Warszawy. A oto przykład z okręgu dolnośląsko-opolskiego: tam europosłem mianowano Andrzeja Bułę, ale później...
[pozostało do przeczytania 27% tekstu]
Dostęp do artykułów: