Dyskretna obecność komunistów. Lewica szuka swoich świętych

Trudno się opędzić od komunistycznych świętych we współczesnej kulturze. W serwisie filmowo-serialowym Netflix możemy oglądać rosyjski serial „Trocki”, w Muzeum Sztuki Nowoczesnej mamy doceniać Różę Luksemburg, a w pismach feministek zawarte są cytaty z Engelsa.

Myśliciele zarówno z lewa, jak i z prawa zauważyli, że ideologia lewicowa przypomina religię. Taki cel zresztą stawiał sobie komunistyczny filozof Anatolij Łunaczarski, który wprost szukał w pismach marksistowskich inspiracji do naśladowania wyznań judeochrześcijańskich – postulował znajdowanie proroków, mesjaszów, świętych, substytutu zbawienia i wielu innych analogii. Ze spokojem oceniał to o. Józef Maria Bocheński, wskazując, że ten wyrób religiopodobny się nie sprawdzi, choć usilnie religię stara się naśladować.

Nieudana religia
Karol Marks jawi się tutaj jako prorok lepszego świata i autor świętych ksiąg lewicy („Kapitał”), który opisuje rzeczywistość z pewnymi podobieństwami do Starego Testamentu – jedynie wzmiankuje o życiu po „zbawieniu” (rewolucji), zapowiada jego nieuchronność, wskazuje „grzeszników” i „wiarołomców”.
Zbawicielem miał być Włodzimierz Lenin ze swoim czynem, a więc stworzeniem państwa komunistycznego, a jego otoczenie pełniło rolę apostołów głoszących wizje mistrza w różnorodnym spojrzeniu. Jak przystało na religię, w nurcie tym nie brakuje heretyków, tym razem nie palonych na stosie, lecz setkami zabijanych w totalitarnym aparacie państwowym – Zinowiew, Kamieniew czy Bucharin dawno przepadli już w pamięci lewicowców. I tak jak Kościół ma swoich świętych, tak i dzisiaj roztacza się kult bohaterów czerwonej krucjaty. Ci ostatni żyją w aktywności lewicowych środowisk równie mocno jak sam Karol Marks.

Rosyjski serial i renesans Trockiego
Lew Trocki (Lejba Bronsztejn) był jednym z bohaterów intelektualnych i partyjnych dysput podczas rewolucji 1968 r., ale ostatnio doczekał się też...
[pozostało do przeczytania 59% tekstu]
Dostęp do artykułów: