Wicegubernator

Urlop z Brukseli

Jednak ministerialna kariera Dowgielewicza zaczęła się 10 lat później po zwycięstwie PO w wyborach A.D. 2007. Wówczas został podsunięty Tuskowi przez przeciwników europosła Jacka Saryusza-Wolskiego, uchodzącego w PO za zbyt „twardego” w negocjacjach z naszymi partnerami w UE. Zamiast zbyt ostrego pana Jacka pan Donald wybrał uległego pana Mikołaja. Gdy Tusk udał się do Brukseli, minister Dowgielewicz towarzyszył mu niczym „borowik” z Biura Ochrony Rządu, zawsze stojąc tuż za plecami premiera i niezmiennie genialnie mieszcząc się w kamerze. Był też nieprzytomnym chwalcą skuteczności „Pana Premiera” i jego obfitującej, a jakże, w same sukcesy polityki międzynarodowej. Były minister, a teraz wicegubernator uprawiał propagandę instruktor z KC PZPR do spraw tejże. Opowiadał dyrdymały o „zielonej wyspie”. Plótł jak imć Piekarski na mękach piekielnych, że w polityce międzynarodowej rządowi Tuska wszyscy kłaniają się w pas i każdy marzy, żeby robić europolitykę razem z Warszawą. Taka typowa dla PO nowomowa. Reprezentował również wielokrotnie rząd w Sejmie, początkowo przedstawiając się jako „ekspert” i „państwowiec” otwarty na dyskusję. Im dalej w las, tym więcej drzew i minister Dowgielewicz coraz bardziej wczuwał się w funkcję partyjnego propagandzisty, który nie tylko stara się bronić racji rządu (bo to obowiązek), ale również ostro, choć bez polotu, atakować opozycję (bo to przyjemność).

Karierę rządową w III RP pan Dowgielewicz rozpoczął od falstartu. Skądinąd pokazywał on mechanizmy, w pełni akceptowane przez władze PO, przy powoływaniu na stanowiska państwowe. Otóż, Dowgielewicz wcześniej pracował w Parlamencie Europejskim i Komisji Europejskiej. Przenosząc się z Brukseli do Warszawy…, wziął urlop z tejże Komisji, z zamiarem oczywistego powrotu. Była to sytuacja kuriozalna. Facet odpowiadający w polskim rządzie za negocjacje z Unią był urlopowanym pracownikiem unijnej instytucji! Cóż, wiadomo, że w tej...
[pozostało do przeczytania 45% tekstu]
Dostęp do artykułów: