Niemiecka konsekwencja

Otóż właśnie początek lat 80. ubiegłego wieku to czas, w którym politycy na całym świecie zorientowali się, że przyklejenie się do sukcesów sportu wyczynowego to jedna z najskuteczniejszych dźwigni wynoszących ich na wyżyny popularności. Gdyby w latach, powiedzmy, 50. czy nawet 70. niemiecki bramkarz reprezentacji w piłce kopanej wybił kilka zębów i złamał żebro napastnikowi reprezentacji francuskiej, to kanclerzowi Niemiec nie przyszłoby w ogóle do głowy wysyłanie przepraszającej depeszy do prezydenta Francji. A właśnie taki telegram wystosował do prezydenta Francji kanclerz Helmut Kohl, gdy w półfinale hiszpańskich mistrzostw świata w 1982 r. bramkarz niemiecki zmasakrował francuskiego napastnika. Do początku lat 80. politycy nie bywali w ogóle na stadionach. Obecnie finał światowej imprezy np. w piłce nożnej bez głów państw rywali na trybunie honorowej jest niepodobieństwem. I właśnie dlatego groźby bojkotu przez polityków niemieckich mistrzostw Europy w harataniu w gałę stały się tematem publicznej debaty. Jeśli w reakcji na skandaliczne traktowanie Julii Tymoszenko przez reżym ukraiński prezydent Niemiec nie jedzie na zlot prezydentów, to reakcja ta zasługuje na pochwałę. Jeśli jednak politycy niemieccy zaczną bojkotować z tego samego powodu rozgrywki Euro 2012, to rodzą się natychmiast pytania o konsekwencję działań w polityce. Dlaczego mimo uwięzienia Chodorkowskiego nie słyszeliśmy nic o bojkocie imprez sportowych w Rosji? Czy mistrzostwa świata w hokeju na lodzie zostaną przez polityków Niemieckich zbojkotowane dlatego, że odbywają się na Białorusi? Czym w przestrzeganiu praw człowieka zasłużyli się Chińczycy, że politycy Republiki Federalnej nie zbojkotowali cztery lata temu Igrzysk Olimpijskich?

Wszystko to kwestia dobrego smaku. O ten nigdy Niemców nie podejrzewałem. Ale co się stało z przysłowiową niemiecką konsekwencją?
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: