Trzy demony

Dodano: 23/10/2018

Felieton [PostFelieton]

Lata 70. to był kompot. Chałupniczą metodą wytwarzany z makowego suszu. Wokół ludzi, którzy umieli brudną chemią wytwarzać makiwarę, gromadziły się wianuszki ćpunów. Po chwili elektrycznego dreszczu polegiwali godzinami ze smutnymi półuśmiechami, pokotem, gdzie popadło. Szybko się wykruszali. Kurczyli. Rozpadały się związki. Mak jest zazdrosny. Zabija po cichu. Andrzej w latach 80. odkrył, że apteka może zastąpić z naddatkiem makowe pole. Gotowane zioła na astmę dawały nieprawdopodobnego kopa. Kupowało się je bez recepty, a halucynacje były grube. Walentyna w euforii rozmawiała z ryżową szczotką, niedelikatnie zwracając jej uwagę na pryszcze, Andrzej któregoś razu wpadł w regularny szał. Na szczęście akademik widział nie takie przypadki. Potem był lek weterynarzy. Latali po nim wspólnie, dopóki Ola, goniąc sześcioskrzydłego motyla, nie wyskoczyła przez okno. Wtedy zaczęło się wysiewanie marihuany. Czasem była słaba, więc kiedy spotkał kolesia z biologii bliskiego
     
37%
pozostało do przeczytania: 63%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze