Gdy Słońce było… wrogiem

Rekordowe upały, mordercze zmagania wojowników, ciężka praca rzemieślników, wyczerpujące negocjacje z kramarzami, syte biesiady. Kolejny Festiwal Słowian i Wikingów za nami.

Takiego Wolina nie było od lat. Już pierwszy wieczór poprzedzających festiwal warsztatów zapowiadał, że nie będzie lekko. Czerwony – z powodu zaćmienia – księżyc złowieszczo wyglądał znad palisady. Jak pokazały kolejne dni, „srebrny glob” po prostu chciał upodobnić się do słońca, które robiło to, co do niego należy – grzało.

Nie brakowało ognia pod paleniskami kowali, paliło się w piecach dymarkowych, nad ogniem piekły się podpłomyki i banalna kiełbasa dla turystów. Korzystające z cywilizacyjnych wakacji dzieci rekonstruktorów biegały boso po skansenie, chociaż drewniane wolińskie chodniki paliły w bose stopy.

Znów mieliśmy okazję docenić tradycyjną konstrukcję naszej chaty, z jej gościnnym, chłodnym wnętrzem. Znów korzystaliśmy z wyspiarskiego położenia grodu, mocząc się i chłodząc w opływającej skansen rzece. Znów podstępem dbaliśmy o higienę dzieci, organizując im wieczorne pływanie w pobliskim Bałtyku.

Upał nie dawał za wygraną, zmuszając uczestników i gości do szukania chłodu i cienia. Nie dawał szansy wojownikom, których rolą był udział w turniejach i bitwach. Jako uczestnik turnieju łuczniczego musiałem wystawić się na słoneczne promienie jedynie na kilka kwadransów. Zbrojni mieli o wiele gorzej. Już sam widok wojów przywdziewających grube, wypełnione owczym runem, przeszywane bojowe tuniki wystarczał, by im współczuć. Takież czepce wkładane pod hełm na pewno tłumią część uderzeń, ale nie poprawiają cyrkulacji powietrza wokół głowy.

Tym większy był podziw widzów dla wojowników, których w tym roku w każdej bitwie było niemal ośmiuset. Wytrzymywali dzielnie długie stanie w palącym słońcu, zanim wodzowie sprawdzą ustawienia i powtórzą podstawowe założenia taktyczne, by wreszcie ruszać do kilkunastominutowego,...
[pozostało do przeczytania 33% tekstu]
Dostęp do artykułów: