Resorowy gladius z Koła

Bazar na warszawskim Kole to miejsce o dwóch twarzach. W dni powszednie – targowisko jak wiele innych. Kupisz tu marchewkę, sweter, bambosze w kratkę czy oscypki od gazdy z Grójca. W soboty i niedziele placyk u zbiegu ulic Obozowej i Ciołka zamienia się w giełdę staroci.

Odkąd posłuchałem opowieści absolwenta liceum plastycznego o produkowaniu mebli w stylu „dowolnego Ludwika”, z jeszcze większą ostrożnością podchodzę do antyków, których wartość mają podnosić ślady po rokokowych kornikach. Przechodzę obojętnie obok z pewnością autentycznych Kossaków, bowiem nie mam kominka, nad którym mógłbym powiesić ułana stukającego w okienko. Utylitarny stosunek do przedmiotów pcha mnie jednak na bazary staroci, gdzie wypatruję zabytków techniki, narzędzi czy militariów. Przekopuję pordzewiałe kupki złomu, z których czasem uda się wygrzebać ciekawy młotek, pilnik z dobrej, narzędziowej stali czy spracowaną siekierę z przedwojenną puncą. I właśnie na warszawskim Kole w latach 90. trafiłem na ciekawą zdobycz. Spomiędzy zbieraniny rowerowych szprych, niemal prostych gwoździ i żelazek z duszą wystawał kawał resora. Resor ten był ostry, miał rękojeść, drewnianą pochwę i aspiracje do bycia mieczem. Konkretnie – rzymskim gladiusem. Wyciągnąłem go z tej sterty, obejrzałem i – po tradycyjnym targowaniu – nabyłem. Chcąc jakoś zracjonalizować ten zakup, wymyśliłem sobie, że sześćdziesięciocentymetrowy miecz będzie doskonałym towarzyszem nocnych powrotów do domu. Na szczęście nigdy nie doszło do sytuacji, w której musiałbym po gladiusa sięgać, zresztą szybko okazało się, że nie jest to scyzoryk zbyt poręczny. I tak miecz z zaostrzonego resora trafił do skrzyni z „przydasiami”. Aż do…



Miecz czyniący dobro
Po latach przypadkiem moja ręka trafiła na miecz z Koła. Wzruszenie i wątpliwości („po co go kupiłem”) uleciały szybko, gdy znalazłem dla gladiusa nową rolę: wystąpił w charytatywnej akcji organizowanej cyklicznie...
[pozostało do przeczytania 32% tekstu]
Dostęp do artykułów: