Zatrzymany w kadrze. Legenda jazzowego środowiska

Kiedy myśli się o jazzie w Polsce, wspomina się gigantów, znakomite kompozycje i improwizacje, płyty, ale też wydarzenia. Ich archiwistą był Marek Karewicz. Wybitny fotograf, dusza towarzystwa, animator życia jazzowego. 22 czerwca przegrał długą walkę z chorobą.


Jego zbiór negatywów liczy ponad 2 miliony sztuk, a tylko skrupulatni historycy muzyki rozrywkowej mogą zliczyć okładki płytowe – przynajmniej półtora tysiąca – na których widnieją zdjęcia jego autorstwa. Jak sam mówił, z wielkich nie sfotografował tylko Louisa Armstronga, zaś jego zdjęcia ikon polskiego jazzu, podobnie jak światowej elity, to taki sam kanon jak fonograficzne dokonania Krzysztofa Komedy, Zbigniewa Namysłowskiego czy Tomasza Stańki.

Karewicz miał bardzo charakterystyczne spojrzenie na rzeczywistość, wyznawał zasadę jednego dobrego zdjęcia, odczekania chwili, a nie strzelania setek kadrów w myśl zasady: potem się coś wybierze. I ten dar umiejętności patrzenia szybko dostrzeżono. Poetyka charakteryzująca jego zdjęcia zaskarbiła sobie miłość muzyków, ci szybko zaczęli zabiegać o fotografie jego autorstwa na okładki płytowe. Prawdziwe jest twierdzenie, że jeśli nie zrobił ci zdjęcia Karewicz, to w branży muzycznej nie istniałeś.

Do skoncentrowania się na sztuce fotografii namówił go sam Leopold Tyrmand, chyba jedyny obok Karewicza człowiek polskiego jazzu, który nie musiał grać, aby już za życia stać się historią polskiego swingowania. Niby grał na trąbce i kontrabasie, ale – jak mówił – byli lepsi.

„Jego zdjęcia są tak samo ważne dla polskiej kultury jak płyty ojców założycieli polskiego jazzu” – mówi Piotr Rodowicz, prezes Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego. „Marek potrafił zakląć czas i uchwycić w kadrze to, co wydać się mogło niedefiniowalne. On na materiale światłoczułym zapisywał muzykę z jej energią i pasją. Teraz musimy się pogodzić, że nie ma Go z nami” – dodaje jazzman.

W podobnym tonie wspomina...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: