Robin czy Amor?

Podczas ostatniego spaceru po Kampinosie mój przyjaciel Łukasz wypowiedział przy mnie słowo „łuk”. I tak doszliśmy do wniosku, że warto zorganizować dla grupy znajomych zajęcia z geometrii użytkowej pod hasłem: „Łuk, cięciwa, promień – wstęp do łucznictwa”.

Do zajęć potrzebujemy: sprzętu (Łukasz jako instruktor surwiwalu ma kilka młodzieżowych łuków, ja też dysponuję kilkoma sztukami), miejsca (w pobliżu naszej najnowszej ziemianki jest trochę naturalnych strzałochwytów) i... kursantów. Chwilę po ogłoszeniu tej idei grupowe forum zaczyna ożywać. Zgłaszają się stuprocentowi pewniacy, kilkunastu niezdecydowanych, pojawiają się pytania, na które szybko odpowiadamy. Tak, będą zajęcia dla  początkujących i zaawansowanych. Oczywiście, dzieci też będą mogły postrzelać, Łukasz ma doświadczenie pedagogiczne. Tak, kobiety też możemy poszkolić, Łukasz jest instruktorem surwiwalu, a i ja rzucam wyzwanie swym lękom...

Wreszcie nadchodzi ten dzień. Piękna, słoneczna sobota. Obawiamy się, czy uczestnicy nie zrezygnują na rzecz wyjazdu do Kazimierza czy prostego grillowania na tarasie. Rozstawiamy cele, przeglądamy dziesiątki przygotowanych strzał, woskujemy cięciwy. Na leśny parking wjeżdża pierwszy samochód, po chwili następne... Znajomi, przyjaciele znajomych, rodziny znajomych. Kilku z własnymi łukami, z profesjonalnymi kołczanami, jednak połowa dopiero chce się z łucznictwem zapoznać.

Chcąc przygotować uczestników na najgorsze, zapowiedziałem na początek krótki wykład o historii łuku, jednak nie cierpię wystąpień przed publicznością, toteż tę część zajęć skracam do minimum (jakieś 45 sekund). Więcej czasu poświęcamy na zasady BHP, opis postawy, technikę strzelania. Ochotnicy biorą do rąk łuki i pod okiem bardziej doświadczonych łuczników wypuszczają pierwsze strzały...
W trakcie sześciogodzinnych warsztatów objawiło się paru następców Robin Hooda, ale również inny znany łucznik – Amor – wzbudził w kilku sercach...
[pozostało do przeczytania 36% tekstu]
Dostęp do artykułów: