Odważne państwo mówi wprost: zamach

Od pierwszej chwili nie miałem złudzeń, że to był zamach, miałem też bardzo poważne podejrzenia, kto go dokonał. Myślicie państwo, że Rosja?

Putin powiedział, że skoro był wybuch, no to przecież samolot wyleciał z Warszawy. Kto jak kto, ale Władimir Władimirowicz to się na pewno z tego wykręci, a jedyne dowody, jakie mamy na Rosjan, to fałszowanie śledztwa i zacieranie śladów.

Zastanawia mnie tylko jedno – dlaczego to kłamstwo o wypadku, brzozie, błędzie pilotów jest szyte tak grubymi nićmi, kłamstwo widoczne na pierwszy rzut oka. Czy to demonstracja siły, bo sprawcy chcą pokazać, że czują się bezkarnie? Choć Polska to mały kraj, który dla Moskwy niewiele znaczy i niekoniecznie wobec nas musiałby Putin prężyć muskuły, to jednak śp. prezydent Lech Kaczyński był tym, który postawił się Putinowi.

Było haniebne, że dowody materialne dostarczali ludzie, którzy spacerowali po smoleńskim lotnisku i znajdywali tam szczątki ludzkie lub fragmenty samolotu, a rząd wtedy pacyfikował Polaków, którzy domagali się prawdy.

Po ośmiu latach doczekaliśmy się więc potwierdzenia elementarnego faktu, że premier Tusk w porozumieniu z ówczesnym premierem Rosji Władimirem Putinem odmówili prezydentowi uznania jego statusu głowy państwa. Bo żeby rozdzielać wizyty, a następnie przekonywać, że to była niepotrzebna inicjatywa Lecha Kaczyńskiego, niemająca państwowego znaczenia, to był już pierwszy skandal, godny potępienia na długo przed 10 kwietnia. Podobnie elementarna wiedza z fizyki pozwalała stwierdzić od samego początku, że to nie był zwykły wypadek. Ze smutkiem trzeba stwierdzić, że tragedia smoleńska przytrafiła się społeczeństwu niedokształconemu, przez kilka dekad bombardowanemu słabą edukacją – bez rzetelnej fizyki, bez pogłębionej historii – zatem niektórzy po prostu łyknęli absurdalną wersję z pancerną brzozą. O zamachu oficjalne organa nie mówiły nic. Na jednym ze spotkań słuchaczka zabrała głos i nie potrafiła...
[pozostało do przeczytania 43% tekstu]
Dostęp do artykułów: