Groźna franciszka

Franciszka. Smukła, ostra i niebezpieczna. Zapragnąłem jej. Z pomocą kolegi udało się ją „zdobyć”.


Moja fascynacja bronią miotaną trwa. Za sprawą Janiego próbuję machać procą pasterską, dzięki Arturowi mam okazję porzucać do celu różnego rodzaju nożami, mój zbiór „latających” siekierek też się powiększa. Ostatnio ze zgrozą skonstatowałem, że wśród tomahawków brakuje mi najbardziej znanego europejskiego toporka do rzucania – franciszki (właściwie „franciski”).
To przedziwna siekierka. Moje pierwsze z nią spotkanie miało miejsce na imprezie w ruinach dolnośląskiego zamku Bolczów. Trzy dziwnie wygięte ostrza osadzone pod dziwnym kątem na trzonkach leżały nieopodal postawionego na kozłach pieńka. Domyśliłem się, że to cel. Podniosłem te brzydactwa z ziemi i zacząłem rzucać. – Może i brzydkie, ale skuteczne – pomyślałem wówczas.
Masywne ostrze zakończone charakterystycznym kapturkiem, osadzone na krótkim, wygiętym toporzysku, było ulubioną bronią Franków, używaną od IV do VIII w. Walczono nią wręcz, ale przede wszystkim służyła do rzucania. Jak pisze bizantyjski historyk Prokopiusz z Cezarei, frankońska piechota atakując linię przeciwników, tuż przed starciem wyrzucała w kierunku wroga „salwę” franciszek. Ich skuteczność była niewątpliwie zwiększona przez wrażenie psychologiczne – wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że w Twoim kierunku biegnie tłum gości znanych z tego, że rzucają siekierami...

Gdy ostatnio popatrzyłem na ryciny przedstawiające franciszkę, dopatrzyłem się w jej liniach czegoś interesującego i przyciągającego. Zapragnąłem jej. Urzeczywistnienie tego pragnienia nie było trudne. – Maćku, czy wykułeś jakąś franciszkę? – zapytałem kowala, specjalizującego się w tworzeniu replik średniowiecznej broni. – Nie – odpowiedział Maciek. – Przyjeżdżaj, czas to zmienić...

Officina ferraria...
… abo huta y warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego – to tytuł barokowego poematu, stworzonego...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: