Tropem tajemnic

Wyjazd rodzinny to okazja, aby się zrelaksować, ale też przekonać, jak wygląda nasze życie poza domem i pracą w formie czystej. To również szansa, aby sprawdzić, czego nam brak w rutynowej codzienności.

Tydzień z żoną i dziećmi spędzony w południowo-zachodnim koniuszku Polski, w zachodniej części polskich Sudetów, był okazją do takiego sprawdzianu. Że co, że nie mam serca, bo dzieciom w ferie sprawdziany urządzam? Ależ, proszę Państwa, milusińscy nawet o tym nie wiedzieli. Zresztą odgórne próby aktywizacji mijały się z celem. Na przykład – ogłosiłem wśród rodziny konkurs na najlepszy fotoreportaż z wyjazdu, nawet wyposażyłem córkę w sprzęt. Efekt? Brak zdjęć, bo ręce wciąż czymś innym zajęte. Dobrze chociaż, że trzymaniem kijków od nart czy lepieniem śnieżek, a nie śmiganiem po klawiaturze smartfona. Przy okazji jednak dowiedziałem się, że dzieciakom brak było... zimy i fizycznej zimowej aktywności. Kolejnego wstrząsu doznałem, gdy podczas dnia odpoczynku od aktywności na pytanie: dokąd idziemy, zamiast spodziewanych destynacji fastfoodowych usłyszałem odpowiedź: do księgarni.

Również dla mnie książka jest jedną z materialnych pamiątek z tych ferii. To „Laboranci u Ducha Gór” Przemysława Wiatera, historyka, przewodnika i znawcy Karkonoszy i Gór Izerskich. Mój przyjaciel Tomasz, który zdobył dla mnie tę książkę z dedykacją, obiecał mi też inną pozycję tegoż autora – „Walonowie u Ducha Gór”. Karkonosze są jednym z najbogatszych mineralogicznie regionów Europy, toteż trudno się dziwić, że już w średniowieczu trafili tu specjaliści z zakresu poszukiwania bogactw naturalnych, w tym rud metali, minerałów, kamieni szlachetnych i... złota. Walonowie, pochodzący z pogranicza Belgii i Francji, byli zamkniętą, profesjonalną grupą fachowców. Nie byłoby tej elitarności bez tajemnic, toteż badając teren, Walonowie pozostawiali tajemne znaki, które ryli na drzewach, skałach lub kamieniach. To różne symbole: gwiazd, słońca, księżyca, głowy...
[pozostało do przeczytania 36% tekstu]
Dostęp do artykułów: