Fikcja ekologicznej niezależności

Organizacje zielonych popierały wprowadzenie regulacji REACH, która nakłada na firmy chemiczne rygorystyczne obowiązki związane z dopuszczeniem swoich produktów na rynek. Ekolodzy w ramach polityki „zrównoważonego rozwoju” wspierają nakładanie protekcjonistycznych ceł na produkty importowane, np. papier czy biopaliwa, które ich zdaniem nie spełniają kryteriów arbitralnie rozumianej ochrony środowiska. Wytwarza się także system oznakowania produktów, w którego tworzeniu kluczowy udział biorą oczywiście ekolodzy, decydując, jakie produkty mogą być sprzedawane, a jakie nie w krajach UE. W Brukseli funkcjonuje już termin, który określa te praktyki mianem „zielonego protekcjonizmu”.

Żerowanie na ochronie środowiska

Skoro organizacje zajmujące się rzekomo głównie działaniami na rzecz ochrony środowiska naturalnego osiągnęły tak gigantyczny wpływ na funkcjonowanie pogrążonej w kryzysie europejskiej gospodarki, zasadne jest pytanie, czy są to rzeczywiście niezależne organizacje pozarządowe.

Światło na sprawę rzuca opublikowana niedawno lista organizacji, które dostały bezpośrednie wsparcie finansowe z Unii Europejskiej w ramach programu LIFE+. Program został utworzony przez Komisję Europejską w 1992 r., by finansować „innowacje ekologiczne, ochronę przyrody i możliwości rozwoju”. W 2011 r. bezpośrednie wsparcie finansowe otrzymało 27 organizacji na łączną kwotę ok. 9 mln euro, czyli ok. 38 mln zł. Dotacje wyniosły od kilkudziesięciu tysięcy do ponad 770 tys. euro. Rekordzista – europejska gałąź organizacji Friends of the Earth – otrzymała prawie 778 tys. euro, ClientEarth – 748 tys. euro, a WWF – 594 tys. euro. Jak nietrudno zauważyć, są to kwoty, o których przeciętna organizacja pozarządowa może tylko pomarzyć.

Pozarządowe czy prorządowe

Jeszcze bardziej szokujący niż kwoty jest fakt, że dla większości organizacji publiczne dotacje (a więc takie, na które składają się europejscy...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: