Jeden dzień z życia Ryszarda Henrykowicza

Tak, nawiązanie do słynnego „Jednego dnia z życia Iwana Denisowicza” A. Sołżenicyna, rosyjskiego pisarza, antykomunisty, ale też Wielkorusa – jest oczywiste.

Chciałem Państwu przedstawić jeden dzień z mojego życia. Prawdopodobnie nie reprezentuję typowej średniej posła do Parlamentu Europejskiego, ale to już inna sprawa.

Jest 10 stycznia. Pierwsza miesięcznica smoleńska A.D. 2018, jedna z czterech ostatnich w długiej, trwającej już 8. rok historii upamiętnienia tego narodowego dramatu. W kościele seminaryjnym jestem tuż przed g. 8.00, bo o tej godzinie zawsze zaczyna się msza święta za poległych 10 kwietnia 2010 r. Jak co miesiąc, od lat, czytam modlitwę wiernych: „Módlmy się za Najjaśniejszą Rzeczpospolitą – naszą Ojczyznę, by zawsze stała na straży chrześcijańskich zasad i miłości jako fundamentu pokoju”. Potem krótki przemarsz pod Pałac Prezydencki i modlitwa w miejscu, w którym kiedyś tak zaciekle walczono z krzyżem. Następnie jadę na Cmentarz Powązkowski.

Hołd dla naszych bohaterów, którzy oddali życie za Polskę. Symboliczne znicze zapalam na grobach zarówno tych, których dobrze i długo znałem, jak Grażyny Gęsickiej i mojego krajana Władka Stasiaka, jak i tych, których nie zdążyłem poznać ‒ generała Andrzeja Błasika. Temu ostatniemu i jego rodzinie urządzono piekło także po śmierci. Broniła go wdowa, a nie własne państwo, które abdykowało także w tej kwestii.

Z Powązek tzw. wojskowych pędzę na Nowogrodzką na posiedzenie Rady Nadzorczej spółki „Forum”, która wydaje „Gazetę Polską Codziennie”.

Następnie wizyta w Sejmie RP i spotkanie z naszą rzecznik Beatą Mazurek ‒ następnego dnia zostanie wicemarszałkiem Sejmu ‒ na temat relacji Polska–UE i tego, co wydarzy się w nich w najbliższych miesiącach. Przy okazji kilka „setek” na sejmowym korytarzu – przy czym „setki” oznaczają li tylko wypowiedzi do serwisów telewizyjnych i radiowych...

Dwa krótkie spotkania merytoryczne i pędem...
[pozostało do przeczytania 26% tekstu]
Dostęp do artykułów: