Śniegi Ruwenzori

Dla przeciętnego Polaka działalność naszych współczesnych misjonarzy jest bardziej egzotyczna od krajów, w których przychodzi im działać. Mnie samemu szeroko otwierały się oczy, kiedy na Nowej Gwinei przebywałem wśród polskich werbistów.

Jedną z rzeczy, które wryły mi się w pamięć, była ich głęboka miłość do tubylczej trzódki, połączona z lekceważeniem zagrożeń. – Miałem sześć razy malarię i dwa razy dengę, ale panu Bogu spodobało się, żebym żył – zwierzył mi się jeden z braci. Ojciec Bogusław Dąbrowski, używający ugandyjskiego przezwiska „Kalungi”, jest jednym z niewielu polskich misjonarzy, który zdecydował się opublikować swoje wspomnienia z piętnastu lat spędzonych w „jądrze ciemności”. Codzienny trud splata się tam z opisami obyczajów, chętnym sięganiem w przeszłość, aż po budzące grozę czasy Idi Amina. A przecież ów potępiany przez cały świat dyktator i ludobójca budzi u swoich dość zdumiewające refleksje. „Przebaczyliśmy mu wszystkie zbrodnie na naszych braciach – mówi autorowi znajoma Ugandyjka – za to, że przywrócił nam godność jako Afrykańczykom”.

Miłośnik podróży znajdzie w tej książce mnóstwo interesujących opisów zmagań z dziką przyrodą, których kulminacją jest wyprawa w Góry Księżycowe, a także szczerych aż do bólu zwierzeń dotyczących samotności, wyzwań i pokus, jakie czekają na katolickiego księdza, jak choćby wówczas, gdy do pracy w kuchni zgłasza się młoda kobieta i przedstawiając rekomendacje stwierdza: „Jestem dobrą kucharką i gdy mnie ojciec przyjmie, będzie też miał ojciec do kogo się przytulić w nocy”. Lektura książki „Spalić paszport” to naprawdę ciekawa afrykańska przygoda.

Bogusław Dąbrowski „Spalić paszport”, ZYSK i S-ka, Poznań 2017 
[pozostało do przeczytania -1% tekstu]
Dostęp do artykułów: