Pożegnanie


W sobotę 25 marca nad ranem, w wieku 56 lat, zmarł w swoim domu w Zalesiu najlepszy polski dziennikarz sportowy Paweł Zarzeczny.

Jego piątkowy pogrzeb, jak się okazało zaplanowany wcześniej w najdrobniejszych szczegółach, będzie pamiętany bardzo długo. Paweł żył, tak jak chciał, umarł, tak jak chciał i został pochowany zgodnie ze swoim wcześniejszym planem. Polskie dziennikarstwo straciło najbardziej charakterystyczną, dowcipną, niepodrabialną postać. Błyskotliwego erudytę, króla humoru, złośliwej riposty, po prostu najlepszego z najlepszych.

Dzień przed śmiercią Paweł świętował hucznie 500. odcinek swojego „One Man Show”. Poprowadził też swój program „Bul głowy” w Telewizji Republika. Wracając do domu, zdążył jeszcze porozmawiać z taksówkarzem o twórczości Melchiora Wańkowicza. Nad ranem miał atak serca, którego wymęczony walką z cukrzycą organizm nie wytrzymał.

Pogrzeb Pawła było to jedyne w swoim rodzaju przeżycie. Paweł wybrał sobie przed śmiercią cmentarz – Bródnowski, kościół – św. Wincentego i piosenki, które chciał, żeby na pogrzebie zagrano – motyw tytułowy ze ścieżki dźwiękowej filmu „Rydwany ognia” w wykonaniu Vangelisa, piosenkę Stinga „Shape of My Heart” i wreszcie „Sen o Warszawie” Czesława Niemena. Ten nieoficjalny hymn Legii Warszawa odśpiewali mu kibice, którzy na Bródno przyjechali z całej Polski. Paweł prosił, żeby na jego pogrzebie ludzie pojawili się w klubowych koszulkach, z racami i szalikami. Żaden polski cmentarz nie widział jeszcze takiego kibicowskiego pogrzebu. I chyba nie zobaczy...

Pawła znałem od 20 lat. Z czego ostatnie 10 dość dobrze. Nasze ostatnie spotkanie, nieco ponad miesiąc temu, było bardzo absurdalne. W chłodny wieczór spotkałem go na stacji kolejowej Warszawa Ochota. Był wkurzony, że jego pociąg się spóźnia, ja właśnie wysiadłem i szedłem do domu. – Kupiłem sobie butelkę do domu, ale tak się wnerwiłem, że rozpocząłem ją tutaj – powiedział, częstując „Żołądkową gorzką”....
[pozostało do przeczytania 39% tekstu]
Dostęp do artykułów: