W poszukiwaniu autentyczności. Serce wolności „Witka z ulicy”...

Dodano: 28/02/2017 - Nr 9 z 1 marca 2017

KULTURA \ WYWIAD

Od wielu lat brakowało mi w polskiej muzyce kogoś, z kim mógłbym się utożsamiać, utworów, z którymi mogłeś iść przez życie… – z Witkiem Mikołajczukiem, znanym jako „Witek z ulicy”, rozmawia Magdalena PiejkoLegenda miejska mówi, że zanim trafiłeś ze swoimi piosenkami na ulicę, pracowałeś w korporacji. Jak to wyglądało naprawdę? Ludzie to trochę upraszczają, bo to fajnie brzmi, rzeczywistość wygląda nieco inaczej. To nie jest tak, że pracowałem np. w „Mordorze” na ulicy Domaniewskiej, zamknięty jak typowy „korpo- szczur”, który ma kartę i musi ją codziennie o 8 rano odbijać. Byłem dość wolnym przedsiębiorcą. Robiłem jednak coś, czego nie lubiłem – pracowałem w handlu. Na początku więc, kiedy już wylądowałem na ulicy z akordeonem, to nie śpiewałem piosenek. Byłem zmęczony mową, miałem dość zbędnej paplaniny, niedotrzymywania umów i obietnic na wyrost.Co było takim punktem przełomowym, co przelało tę czarę goryczy? Przez cały ten czas
     
16%
pozostało do przeczytania: 84%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze