W poszukiwaniu autentyczności. Serce wolności „Witka z ulicy”...

Od wielu lat brakowało mi w polskiej muzyce kogoś, z kim mógłbym się utożsamiać, utworów, z którymi mogłeś iść przez życie… – z Witkiem Mikołajczukiem, znanym jako „Witek z ulicy”, rozmawia Magdalena Piejko

Legenda miejska mówi, że zanim trafiłeś ze swoimi piosenkami na ulicę, pracowałeś w korporacji. Jak to wyglądało naprawdę?
Ludzie to trochę upraszczają, bo to fajnie brzmi, rzeczywistość wygląda nieco inaczej. To nie jest tak, że pracowałem np. w „Mordorze” na ulicy Domaniewskiej, zamknięty jak typowy „korpo- szczur”, który ma kartę i musi ją codziennie o 8 rano odbijać. Byłem dość wolnym przedsiębiorcą. Robiłem jednak coś, czego nie lubiłem – pracowałem w handlu. Na początku więc, kiedy już wylądowałem na ulicy z akordeonem, to nie śpiewałem piosenek. Byłem zmęczony mową, miałem dość zbędnej paplaniny, niedotrzymywania umów i obietnic na wyrost.

Co było takim punktem przełomowym, co przelało tę czarę goryczy?
Przez cały ten czas czułem, że coś jest nie tak. Punktem zwrotnym był moment, w którym urodził się mój pierwszy syn, Czarek. To był rok 2008 i początek budzenia się świadomości spacyfikowanego mentalnie współczesnego niewolnika. Zacząłem interesować się głębiej ekonomią i istotą martwej waluty. Zastanawiałem się, ile realnie jest wart kawałek papieru lub monety. Miałem wtedy już na głowie kredyt hipoteczny w CHF. Wziąłem go, kiedy był on wart nieco ponad 2 zł, potem skoczył do 4 zł, więc miałem to doświadczenie za sobą.

Dlaczego wybrałeś właśnie ulicę, a nie na przykład jakąś inną drogę do świata muzyki?
Nie umiałem grać, nie umiałem śpiewać, to gdzie miałem pójść? Ulica to najlepsze i jedyne miejsce, żeby się sprawdzić. W takich programach typu „talent show” młodzi ludzie pojawiają się na krótką chwilę i znikają, jak meteoryt w czeluściach kosmosu. Nieodżałowany Boguś Kaczyński celnie to określił. Twierdził, że przez całą sztuczność tej...
[pozostało do przeczytania 66% tekstu]
Dostęp do artykułów: