Sytuka dla salonu

Dlaczego apologeci obecnej władzy tak usilnie starają się zmusić Jarosława Kaczyńskiego do debaty z Tuskiem? Czy dlatego, że tak są zatroskani o przestrzeganie w Polsce demokratycznych reguł debatowania wypracowanych w krajach ugruntowanych demokracji zachodnich? Czy zależy im na wyborcach, którzy bez debat nie będą w stanie podjąć decyzji, na kogo głosować? A może przejęci dobrem ojczyzny obawiają się, że ich zagraniczni koledzy po piórze, mikrofonie i kamerze, gdy dowiedzą się, że w kampanii wyborczej w Polsce nie odbyła się debata szefa partii rządzącej z liderem opozycji, to nie pozostawią na naszym kraju suchej nitki? Nic nie wskazuje na to, by którakolwiek z tych szlachetnych pobudek powodowała naszymi salonowymi żurnalistami. Po tym co przeczytałem i usłyszałem przez ostatnie sześć lat, wydaje mi się, że przypisywać reżimowym dziennikarzom jakiekolwiek szlachetne intencje może jedynie ktoś niespełna rozumu albo Stefan Konstanty Myszkiewicz-Niesiołowski. Mam nieodparte wrażenie, że debata Kaczyńskiego z Tuskiem potrzebna jest salonowcom do ogłoszenia tuż przed wyborami, jak to miażdżąco zwyciężył w niej ich ponowny faworyt. Ponowny, bo kilkutygodniowa, podjęta z początkiem roku antytuskowa kampania medialna i próba wypromowania SLD w miejsce PO została szybko porzucona, a Tusk i Platforma wrócili do pełnych łask salonu. Jak zwykle nie miałby tu znaczenia rzeczywisty wynik starcia. Kaczyński, nawet gdyby wygrał tak miażdżąco, jak debatę z naszym Naczelnym Ortografem sprzed roku, to i tak jak wówczas Paradowska z Żakowskim czy Olejnik z Kuźniarem zachwycaliby się zwycięstwem retorycznym Tuska.

Debata może zatem posłużyć jedynie Tuskowi i jego akolitom. Stanowiłaby ona nie tyle demokratyczną sztukę dla sztuki, ile po prostu sztukę dramatyczną graną wyłącznie ku uciesze salonu.
[pozostało do przeczytania -0% tekstu]
Dostęp do artykułów: