Jak my ich nienawidzimy

Był 22-letnim mężczyzną z widokami na sportową karierę. Występował w barwach radomskiej Broni, miał właśnie przejść do Czarnych Słupsk, gdzie budowano najsilniejszy klub bokserski w kraju. – Roznosiła mnie energia. Mam taki charakter, że nie potrafię znosić upokorzeń – przyznaje. Okazał się jednym z tych, którzy najbardziej aktywnie protestowali pod gmachem KW na ul. 1 Maja (dziś 25 Czerwca). – Ludzie uwierzyli sekretarzowi Januszowi Prokopiakowi, że porozmawia z Warszawą o wstrzymaniu podwyżek. A on tylko grał na zwłokę i pod osłoną milicji uciekł. Jak szczur – złości się Kowalski. Po dwóch godzinach czekania nastroje wielotysięcznego tłumu zmieniły się z euforii we wściekłość. Ludzie wpadli do pomieszczeń partyjnych aparatczyków, wyrzucali na ulicę meble i dywany. Szczególnie rozwścieczyła ich ilość znajdujących się tam niedostępnych towarów: szynek, owoców, czekolad. – Wszyscy się zajadali. Do dziś pamiętam zapach szynki w puszce. Ludzie najchętniej zjedliby te wędliny razem z blachą – mówi. Nie pamięta, jak doszło do podpalenia budynku komitetu. – Widziałem rurę gazową oderwaną przy ścianie. Potem pojawił się ogień i zaczął trawić budynek. Wszystko działo się gwałtownie, poza kontrolą. Wylała się cała złość na władzę, która nas okłamała – uważa Kowalski.

Ludzie zachowywali się idealnie

Teodora Biegańska miała wówczas 26 lat i dwoje dzieci. Z trzecim była w ciąży. – Poszłam na zakupy, a tutaj pełno ludzi, okrzyki, śpiewy. Ciekawość kazała mi zapomnieć o wszystkim innym. Dziećmi zajmowała się sąsiadka – opowiada. Rosnący tłum dotarł pod komitet partii. Śpiewano Mazurka Dąbrowskiego. – Ludzie zachowywali się idealnie. Nie było żadnej agresji, raczej jakaś radość. Dołączały do nas kolejne zakłady: „Blaszanka”, „Tytoniówka”... – wspomina Biegańska. Razem z innymi wbiegła wściekła do gmachu. Na schodach spotkała swojego nauczyciela. – Po czyjej pan jest stronie? – wykrzyczałam, a on się zawstydził. W tłumie migały mi twarze...
[pozostało do przeczytania 68% tekstu]
Dostęp do artykułów: