Ksiądz tancerz, złodziej cudotwórca…


Miejscowi, m.in. innymi dwie dziewczyny (Frycz i Kulig), zamierzają wystartować – pierwsza chce za wygraną urządzić salon fryzjerski w Irlandii, druga ciuła na kurację nieślubnego niemowlaka w inkubatorze. Na estradzie, w centrum jest sejf ze złożoną tam nagrodą ufundowaną przez biznesmena Stukrotnego (Melski), cynika i despoty. Sejf będzie celem zabiegów paru grup, zakonnicy wyprzedzą wszystkich, ale i tak ich wyczyn zarejestrują kamery w podczerwieni. Na szczęście istnieją cuda, no i zbiegi okoliczności.

Ten film jest bajką, może baśnią. Dlatego możliwy jest tu ksiądz (Lichota), który weźmie udział w turnieju z zakonnicą, bo przecież taniec też jest rodzajem modlitwy. Możliwa jest też zakonnica buntownik, kombajnem atakująca limuzynę lokalnego despoty. Możliwe są wielokrotne cuda i duchowe odrodzenia, w wyniku których gwiazda disco da szczęście lokalnemu wyrzutkowi i złotej rączce.

Niektóre sceny żenują, drażnią nieprawdopodobne sytuacje i dialogi, złości przesłodzony sentymentalizm. Nie wszystkie relacje są oczywiste, toteż np. powód, dla którego dochodzą do ładu dziewczyna i chłopak zarzucający jej niewierność, budzą radość, ale i zdziwienie. Cudami wszystkiego wyjaśnić się nie da. Całość, mimo rozlicznych zastrzeżeń, klei się jednak w ciepłą i krzepiącą opowieść. Nawet kiczowate teksty piosenek Dżessiki trafiają w sedno. Łazarkiewicz po prostu lubi swoich bohaterów, natrętna perswazja modernizacyjna, o którą byłbym skłonny panią reżyser podejrzewać (po udziale w serialu „Ekipa”), nie dochodzi w tym filmie do głosu. Przeciwnie. Faktycznym modernizatorem jest tu bowiem złotousty Stukrotny, terroryzujący okolicę biznesmen i kanciarz z armią ochroniarzy.

Chcąc nie chcąc, ilustruje ten film źle widzianą na salonach diagnozę, że ze starcia komunizmu z kapitalizmem zwycięsko wyszedł w Polsce feudalizm. Czyli – bez zburzenia Bastylii nie ruszymy z miejsca. 

Maraton tańca
Reżyseria: Magdalena Łazarkiewicz...
[pozostało do przeczytania 11% tekstu]
Dostęp do artykułów: