Zabijają nawet imamów

Niestety w kraju szaleją terroryści, czerpiący inspirację z innych sur. Rosną nastroje rewolucyjne, mnożą się zamachy, epicentrum burzy zbliża się do klasztoru. Jako zapowiedź nieszczęścia oglądamy straszne sceny mordu zaprzyjaźnionych z zakonnikami chorwackich robotników.

Braciszkowie muszą wybierać. Zostaną i narażą życie czy uciekną, zostawiając owieczki na pastwę chorób i przemocy. Ochrona żołnierzy algierskiego rządu nie wzbudziłaby zaufania. Mają oni silną wiarę, znają islam i to starczy na odparcie najścia w wigilijną noc, ale kiedyś słowa zawiodą wobec opuszczonych automatów.

Polski tytuł trochę mija się z oryginałem, lecz lepiej oddaje ducha filmu. Rzecz stylizowana na tragedię grecką przekracza jej dylematy i posłanie. W filmie Beauvois nie oglądamy ludzi wydanych na pastwę kaprysów bogów i fatum, lecz świadomych wyznawców. Nie lamentują przeciw niebu, starają się sprostać płynącemu z góry wyzwaniu. W naukach Jedynego i Zmartwychwstałego znajdują wsparcie dla swojej misji, a w jego udręce w Ogrójcu rozpoznają swój strach i pokusę rejterady. Taki to dziwny Bóg, który daje moc i przykład, jak w niej trwać, dodając odwagi swoją ludzką słabością.

Film jest skupionym, mistrzowskim studium wspólnoty religijnej, znajdującej się pod presją. Oglądamy jednostki, z których każda podług swojego temperamentu, wieku, charakteru spotyka się z wyzwaniem męczeństwa. Mamy tu ludzi prostych i wyrafinowanego intelektualistę, mamy silnego mężczyznę nawykłego do fizycznego trudu i staruszka na krawędzi życia; jest znużony, ale mądry, pogodny lekarz (Lonsdale), jest też nieśmiały ogrodnik. Mamy sześćdziesięciolatka, marzącego o powrocie na łono wielopokoleniowej rodziny, którą przed półwieczem opuścił, i krzepkiego, zadziornego mężczyznę, bojącego się swojej bezradności. I jeszcze jednego, którego dzielność ma oparcie w odruchu przekory.

Są różni, ale wszyscy oczy kierują ku niebu. Naprawdę uzyskują wsparcie i cząstkowe odpowiedzi...
[pozostało do przeczytania 34% tekstu]
Dostęp do artykułów: