Kamieniołomy

– Jego zło... – mówił adwokat – posiada format! – Napomknął, iż w związku z nim sięgnął znów do Dostojewskiego.

Zdjął okulary, przecierać zaczął chusteczką. Oczy czerwone, królicze. Nieprzyjemna odsłona.

Od pewnego czasu z głębi sali, poprzez tańczące pary i zmienną grę świateł, dawał mi serdeczne znaki kolega z gimnazjum. Nie widziałem go wiele lat.

Zastosowałem płodozmian i opuściłem mecenasa. Chyba obaj byliśmy zadowoleni. Mecenas B. zmęczył się rozmową. Taki był czujny, napięty. Wyraźnie obawiał się moich nałogowych skłonności do opisywania.

Zasiedliśmy z gimnazjalnym kolegą na wysokich stołkach przy barze. Lekarz, z paszportem amerykańskim, pierwsza wizyta w kraju od piętnastu lat. Przezywaliśmy go Ypsylon. Nie mam pojęcia dlaczego. Dopytywał się o losy rówieśników. Wymienił tych, z którymi już się widział. Najgorsze gnidy oblazły go zaraz po przyjeździe. Docent R. Dyplomata O. Dyrektor W. Musiałem mu tłumaczyć, co oznaczają gnidy w rozumieniu tutejszym. Nie wiem, czy zrozumiał. Zbyt wiele trzeba było mu tłumaczyć. Chirurg z Kalifornii. Żona tamtejsza. Dwoje dzieci. Mówią tylko po angielsku. Wakacje na Bermudach.

Wciąż pytał i pytał.

– Taki ciekaw jestem kraju – powiedział. – Mile się rozczarowałem. – Tak też powiedział. Wyobrażał sobie, że tu kłębi się terror w dawnym, stalinowskim wydaniu. Odpowiadałem na pytania i wyjaśniałem z coraz większą niechęcią.

Nastąpiła pauza, spowodowana występem striptizerki.

– Surowa – orzekł. – Słabo wyszkolona.

Sięgnął do analogii z Las Vegas.

W ciżbie zalewającej bar dostrzegłem znajomego, przedstawiciela prywatnej inicjatywy. Jak na ciężką forsę, był to nawet lekki facet. Przypominał dawnych hulaków, którzy mieli wdzięk niesfornych chłopców. Bez żalu porzuciłem Amerykańca dla krajowego biznesmena.

Biznesmen rok po zawale stracił przekonanie co do trwałości życia i rzucił się we wzmożony wir...
[pozostało do przeczytania 69% tekstu]
Dostęp do artykułów: