Mój problem ze Smoleńskiem

Muszę przyznać, że gęba, którą dorobiła mi „Gazeta Wyborcza”: bezwzględnego faceta dążącego do celu i z lubością likwidującego swoich wrogów, choć przynosi w życiu codziennym sporo pożytków (jak tu zadzierać z takim?), nie ma dużo wspólnego z prawdą. Generalnie w życiu wolę negocjować, budować kompromisy i nie krzywdzić ludzi. Wściekłość mija mi najdłużej po kilku dniach. Złe uczynki, jako niedoszły psycholog, chętnie tłumaczę trudną sytuacją w życiu, zagubieniem się słabych istot, a nawet głupotą. W jednej sprawie jednak jakoś nie mogę się przemóc. Chodzi o tragedię smoleńską. Nie piszę o tych, którzy do niej doprowadzili w taki czy inny sposób, są na razie poza moim zasięgiem. Nawet nie mam na myśli polityków, którzy mniej lub bardziej świadomie wzięli udział w grze z Putinem. Tych, mam nadzieję, już wkrótce dosięgnie sprawiedliwość. Chodzi mi o setki dziennikarzy, których spotykałem na co dzień w radiu i telewizji. Z niektórymi, mimo różnicy poglądów, nawet się
     
29%
pozostało do przeczytania: 71%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze