Nic nowego pod słońcem

Wszystko, co dobre, jest w istocie katolickie. Zadaniem teologów jest zaś oddzielenie tego, co z wiarą jest do pogodzenia, od tego, co pogodzić się z nią nie da. „Laudato si” wpisuje się w tę starą prawdę Kościoła i pokazuje, że katolicyzm jest religią łączącą, a nie wykluczającą. W Kościele nie myślimy w kategoriach: albo człowiek, albo natura

Jeśli ktoś czytał adhortację apostolską „Evangelii gaudium”, to „Laudato si” nie będzie dla niego zaskoczeniem. Papież Franciszek napisał tekst, który dobrze się czyta, choć jest on długi, często dygresyjny i mocno skoncentrowany na duszpasterskich (a tym razem także społecznych) konkretach, bez mocnych akordów doktrynalnych. Nie ma w nim – jeśli chodzi o wymiar teologiczny – rzeczy nowych. Papież obficie cytuje swoich poprzedników, i nawet jeśli uznać, że pewne kwestie interpretuje w bardziej latynosko-lewicowy sposób, to w istocie nie wykraczają one poza ramy zakreślone przez Jana XXIII czy Benedykta XVI.
Nowa encyklika papieża Franciszka to zastosowanie starej zasady Kościoła, wedle której wszystko, co autentycznie dobre i prawdziwe, jest w istocie katolickie. Ochronę stworzenia (a nie matki Ziemi czy Gai) Kościół od zawsze uznawał za słuszną, dlatego teraz w encyklice „Laudato si” papież zajął się katolicką ekologią (tak jak kiedyś Klemens Aleksandryjski tworzył chrześcijańską gnozę, a Justyn Męczennik chrześcijańską filozofię). Katolicyzm jednak, by przyjąć to, co dobre ze świata, musi najpierw rozróżnić, co jest dobrem, a co jego pozorem, czyli złem.
I dokładnie tę zasadę zastosował w swoim dokumencie papież Franciszek. Ekologia, ochrona środowiska jest, wedle niego, dobra. Ale już uznanie, że w imię ochrony przyrody trzeba ograniczać populację, dokonywać aborcji czy niszczyć najuboższych, tak by bogaci mogli żyć w poczuciu dobrze spełnionego ekologicznego obowiązku i nie rezygnować z konsumpcji, jest nie tylko niemoralne, ale także niezgodne z prawdziwym, to znaczy...
[pozostało do przeczytania 40% tekstu]
Dostęp do artykułów: