Szogun, kaszaloty i ciupaga

Co robi pan prezydent, gdy nie ma napisanego na kartce wystąpienia i jest skazany wyłącznie na siebie? Plecie androny, wypowiada głupstwa, nie panuje nad gonitwą myśli, myli podstawowe pojęcia, a także, niestety, zaświadcza, że ma kłopot z manierami, które topi w rubasznym, prostackim stylu „gajowego”

Nie podoba mi się wygwizdywanie wieców Bronisława Komorowskiego. Nie zaszkodzi mu to nic a nic. Przeciwnie – uwiarygadnia go jako poważnego, spokojnego polityka, który musi zetrzeć się z awanturnikami. Tymczasem ma on przecież cudowny z punktu widzenia opozycji dar autokompromitacji. Nie trzeba gwizdać. Wystarczy pozwolić prezydentowi być spontanicznym.
Spontaniczny marszałek sejmu
Już zanim został prezydentem, co najmniej kilka jego wypowiedzi i zachowań zdumiewało. Niektóre szybko zyskały ponury wydźwięk. Po ostrzelaniu kolumny prezydenta Lecha Kaczyńskiego na pograniczu Gruzji i terenów zajętych przez armię rosyjską Bronisław Komorowski, ówczesny marszałek sejmu, zszokował takimi zdaniami: „Jeśli to był zamach, to powiedziałbym: jaka wizyta, taki zamach. No, bo nie trafić z 30 metrów w samochód, to trzeba ślepego snajpera. Więc raczej wygląda to na coś bardzo niepoważnego, a jednocześnie przykrego, bo stawiającego polskiego prezydenta w dosyć niezręcznej sytuacji i prowokującego do niedobrych wypowiedzi”. Tak to, spontanicznie, Bronisław Komorowski wywiódł wtedy, że gdyby trafiono w prezydenta, sprawa byłaby poważna, byłoby o czym mówić, ale że nie trafiono… Te słowa niekiedy przytaczało się jako dowód, że obecny prezydent wziął udział w zbudowaniu atmosfery przyzwolenia na zabicie polskiego prezydenta, że wtedy dał do zrozumienia publicznie: nie będziemy Lecha Kaczyńskiego chronić, można strzelać celniej. Ale w świetle tego, co udało się jeszcze potem przez lata kadencji powiedzieć prezydentowi, trzeba raczej przychylić się do diagnozy innej, mniej wstrząsającej, ale nie mniej problematycznej. Kłopotliwej już w samym jej...
[pozostało do przeczytania 86% tekstu]
Dostęp do artykułów: