Nie jestem „Charlie”!

Ponieważ opadł kurz zadymy i wyschły łzy pokrzywdzonych, można chwilę porozmawiać spokojnie. Tym bardziej że redakcja paryskiego tygodnika dała za wygraną, zawieszając (podobno tylko na razie) wydawanie swojego tygodnika. Moim zdaniem wszyscy, którzy dość bezmyślnie przypinają sobie znaczek „jestem Charlie”, stają się elementem dezinformacji. Bo z jednej strony nie ma zgody, żeby banda wywłoków, ogarnięta fundamentalistycznym obłędem mordowała nieuzbrojonych ludzi, z drugiej pozostaje pytanie o granice wolności, które cywilizacja Zachodu zakreśliła tak daleko, że nie dziw, iż przestały istnieć.

W tym momencie bardzo często przytaczano zdanie Kuronia, skądinąd cytującego Woltera: „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć”. – Prawdę mówiąc, Wolter nigdy tego nie wypowiedział, jedynie tak myślał – stwierdziła z początkiem XX w. jego biografka. Co do Kuronia, wiadomo, jak w praktyce realizowali wspomnianą zasadę jego koledzy po opanowaniu mediów i wypchnięciu na margines wszystkich inaczej myślących.
Wolność przestaje być wolnością, kiedy krzywdzi, obraża i poniża innych. Dlatego w wielkich polemikach o Larry Flynta, Jerzego Urbana czy wspomnianego „Charliego” stanąłbym po stronie ich przeciwników.
Wolność i tak nie jest nieograniczona – wyłączona jest tajemnica wojskowa, pod mocną ochroną prawną są niektóre mniejszości narodowe i seksualne, a nawet w ogólnie dostępnej pornografii szlaban zagradza drogę pedofilii i zoofilii – pytanie: na jak długo?
W dodatku jak pogodzić rozszalałą we współczesnym świecie poprawność polityczną, zakazującą nazywać Murzyna Murzynem czy pederasty pederastą, z nagminnym i – dodajmy – obrzydliwym obrażaniem rzeczy uznawanych przez ludzi za święte – proroków od Chrystusa po Mahometa czy przywódców religijnych z papieżem na czele. I to nie w celu polemiki, krytyki czy dyskusji, ale właśnie dla lżenia, poniżania, szerzenia nienawiści. Kiedyś takie rzeczy...
[pozostało do przeczytania 19% tekstu]
Dostęp do artykułów: