Klincz na szczytach

Złapał Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma – tak mniej więcej można podsumować relacje między obozami prezydenta Bronisława Komorowskiego i premier Ewy Kopacz. Za plecami pani premier jest Donald Tusk i to on wyraźnie dał do zrozumienia prezydentowi, że nie ma zgody na dymisję Kopacz i zastąpienie jej politykiem z otoczenia Komorowskiego. Belweder nie ustaje w cichym podkopywaniu pozycji szefowej rządu, nie ma jednak mocy, by plan swój zrealizować

Ambicje prezydenta są jasne – chęć osłabienia wreszcie wpływów Donalda Tuska i zmiana na stanowisku premiera. Chodziłoby przede wszystkim o to, by zamiast Ewy Kopacz premierem była osoba, która – mówiąc oględnie – stanowić będzie nieco mniejsze ryzyko kolejnych kompromitacji obozu rządzącego. W toczącej się kampanii prezydenckiej może mieć to kluczowe znaczenie. Wprawdzie wysiłek otoczenia prezydenta będzie skupiony na kreowaniu wizerunku „prezydenta wszystkich Polaków”, jednak są małe szanse, by Komorowskiemu udało się uciec od szyldu Platformy i rządu. Odium za różne wpadki, które mogą jeszcze pojawić się za sprawą obecnego gabinetu, może spadać także na prezydenta. Dlatego w otoczeniu Bronisława Komorowskiego na miejscu Ewy Kopacz dość chętnie widziano by wciąż Grzegorza Schetynę, choć najchętniej Tomasza Siemoniaka, przy którym pozycja Bronisława Komorowskiego nareszcie bardzo by wzrosła. Plan przesilenia rządowego na razie musiano jednak zawiesić na kołku (lub pod żyrandolem). Pozostały drobne złośliwości dobiegające z Kancelarii Prezydenta: – Myślę, że Donald Tusk bardzo żałuje swoich słów o tym żyrandolu – mówił ostatnio Tomasz Nałęcz, doradca Komorowskiego. – Sam teraz przecież pilnuje żyrandola w Brukseli.
Przerwa na szkolenie
Tymczasem Ewę Kopacz po licznych nieudanych publicznych występach schowano bardzo głęboko. Szefowa rządu właściwie nie występuje przed kamerami. Z jednej strony dyktuje to instynkt samozachowawczy Platformy – im mniej wystąpień publicznych pani...
[pozostało do przeczytania 80% tekstu]
Dostęp do artykułów: