Zagrajmy z Komisją i europarlamentem

Od lat Polska prawica powtarza niczym mantrę, że Bruksela powinna mieć jak najmniej kompetencji. Można w tym momencie strawestować pytanie zadane w wierszu Juliusza Słowackiego o tych, którym Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka i gdy krzyczeli „Polska!, Polska!”, zapytał: „Jaka?”. No właśnie, jakiej Brukseli nie chcemy przekazać kompetencji? Brukseli Rady Europejskiej? Brukseli Komisji Europejskiej? Brukseli Parlamentu Europejskiego? Wszystkie te trzy główne – i konkurujące ze sobą – unijne instytucje mieszczą się przecież w stolicy Królestwa Belgii

Prawicowy dogmat brzmi od lat niezmiennie: jak najwięcej kompetencji dla instytucji, w której reprezentowane są władze (rządy lub prezydenci) państw narodowych, a jak najmniej dla Komisji i europarlamentu. 
Rada Europejska
zakładnikiem Berlina
To właśnie skandujemy, deklamujemy, piszemy od lat. To niewątpliwie ideologiczne podejście jest ze wszech miar słuszne. Tyle że dziś ideologia nie nadąża za rzeczywistością. Paradoksalnie – to już moje własne, czysto subiektywne odczucie – sytuacja przypomina tę, którą przez lata miałem okazję obserwować w PE w Strasburgu (i Brukseli oczywiście). Oto bowiem brytyjscy eurosceptycy (bynajmniej nie z UKIP, także ci z partii mainstreamowych, np. liberalni demokraci), ale też nacjonaliści z Litwy czy autonomiści (Lega Nord) z Republiki Włoskiej, powiewając flagami narodowej suwerenności i szafując takimiż hasłami, sprzeciwiali się… potępianiu i blokowaniu Nord Streamu. Po prostu dogmatycznie uznawali, że decyzja rządu danego państwa – w tym przypadku niemieckiego ‒ nie może być zakwestionowana z żadnego powodu przez organizację międzynarodową. W ten sposób z generalnie słusznych ideologicznie powodów te narodowe, „suwerennościowe” środowiska polityczne szły w sukurs Moskwie. Ta polityczna głupota niekoniecznie wynikała z agenturalności, ale często z bezmyślności.
Przypomina to sytuację z najnowszych czasów, ale dotyczącą relacji...
[pozostało do przeczytania 62% tekstu]
Dostęp do artykułów: