Samozwańcza misja generała

Generał Juliusz Rómmel do 6 września 1939 r. dowodził kluczową w polskiej linii obrony armią „Łódź”. Stanowiła ona ubezpieczenie Warszawy i koncentrujących się w okolicach Tomaszowa oraz Gór Świętokrzyskich odwodów gen. Stefana Dęba-Biernackiego. Po zbombardowaniu położonego w podłódzkim Julianowie sztabu armii porzucił wraz z najbliższymi oficerami dowodzone przez siebie wojsko, po czym, wskutek nadzwyczaj pomyślnych dla siebie okoliczności,  8 września został dowódcą grupy armii „Warszawa”

Dowództwo to objął  z tytułu starszeństwa. Nie bez wpływu na taki stan rzeczy była również nieobecność w stolicy Naczelnego Wodza, marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, który opuścił Warszawę w nocy z 6 na 7 września. Po raz drugi w kampanii Juliuszowi Rómmlowi przypadł w udziale newralgiczny odcinek polskiej obrony, tym razem była to linia Wisły od Modlina aż po ujście Pilicy.
Po inwazji sowieckiej 17 września oraz po opuszczeniu terytorium Rzeczpospolitej przez najwyższe władze państwowe i Naczelnego Wodza Rómmel znalazł się w zupełnie nowej sytuacji. Naczelny Wódz nie mianował bowiem dowódcy wyznaczonego do koordynacji walk toczących się w kraju. Generał Rómmel poczuł się  upoważniony do podejmowania ogólnofrontowych oraz politycznych decyzji.
W obliczu sowieckiej inwazji
17 września, ok. godz. 5.00 nad ranem, radiostacja w dowództwie sztabu armii „Warszawa” odebrała depeszę z Baranowicz, informującą o przekroczeniu granicy polskiej przez wojska sowieckie. Potwierdzeniem tej hiobowej wieści, obrazującym skalę niebezpieczeństwa, były otrzymane po południu radiodepesze. Pierwsza z nich pochodziła od gen. Franciszka Kleeberga – dowódcy Okręgu Korpusu IX stacjonującego w Brześciu, druga zaś od dowódcy flotylli rzecznej z Pińska. Zapewne obaj ci dowódcy, nie mogąc skontaktować się z kwaterą naczelną, uznali dowództwo armii „Warszawa” za coś na kształt ekspozytury Naczelnego Dowództwa, przekazującej jego wytyczne do oddziałów frontu i...
[pozostało do przeczytania 78% tekstu]
Dostęp do artykułów: