Czego nie napisałem

Książkę o Mochnackim pisałem trzy razy – i trzykrotnie zniszczyłem to, co napisałem. Nie wiem, dlaczego ta książka mi się nie udała – powinna się udać, bo o Mochnackim myślałem zawsze z czułością, więcej – z miłością i z podziwem, i uważałem go, i nadal uważam, za mojego duchowego ojca – choć jestem teraz od niego starszy o niemal pięćdziesiąt lat. Moją miłością obejmowałem też jego brata Kamila – miała to być książka o nich obu, Maurycym i Kamilu. Piszę o nich po imieniu, bo należę do tej samej co oni rodziny – wielkiej rodziny Polaków, którzy są zarazem polskimi realistami i szaleńcami polskości – kiedy trzeba, myślą zimno, a kiedy trzeba, myślą szaleńczo. Z trzech zniszczonych książek o Maurycym i Kamilu pozostały trzy fragmenty, które w pierwszych latach wieku gdzieś wydrukowałem – nie pamiętam gdzie. Jeden z tych fragmentów ma za temat prolegomena do sierpniowego wieszania w roku 1831. 

Mniej więcej w tym samym czasie, może trochę wcześniej, nie napisałem książki o Antonim Malczewskim i jego powieści ukraińskiej (niegdyś uwielbianej). Tę książkę właściwie napisałem i to niemal w całości, ale tak mi się ta całość nie podobała, że z przyjemnością ją zniszczyłem. Dlaczego chciałem napisać tę książkę – wtedy to pewnie wiedziałem, ale teraz nie wiem. Może skusiły mnie tajemnice życia autora „Marii”, jego dziwne upodobania erotyczne oraz jego wspinaczka na Mont Blanc. Z książki o Malczewskim nie zachował się szczęśliwie ani jeden kawałek. 
W podobny sposób napisałem w latach dziewięćdziesiątych – to znaczy: napisałem prawie w całości, a potem zniszczyłem – książkę o Mickiewiczu w Odessie i na Krymie. Bardzo mi się ten temat podobał, bo podobały mi się odeskie romanse Mickiewicza – ale dokumentacja tych romansów jest skąpa i niemal wszystko musiałem zmyślać. Te moje zmyślenia przestały mi się podobać i właśnie dlatego zniszczyłem to, co napisałem. Niszczyłem zawsze bardzo starannie, drąc na drobniutkie kawałeczki. Z tej książki...
[pozostało do przeczytania 35% tekstu]
Dostęp do artykułów: