Szósta w południe, film się rwie

Także dla reżysera tej klasy co Smarzowski („Wesele”, „Dom zły”, „Róża”, „Drogówka”) parapowieść Pilcha stanowiła wyzwanie. Igrająca słowem gawęda, bez logicznego ciągu zdarzeń, zmusza do reżyserskich eliminacji, wyborów.

Smarzowski wypowiada książce posłuszeństwo. Na ekranie tylko przez chwilę rezonuje bohater panujący nad alkoholowym nałogiem. Oto król życia – Jerzy (Więckiewicz), w uniwersyteckiej bibliotece przed urzeczoną publicznością dziewcząt i chłopców. Pilch cały czas zachwyca, ironizuje, bierze klęski w nawias. Smarzowski skraca dystans między widzem a jego światem.
Toteż filmowy Jerzy szybko traci poczucie wyższości, jakie daje alkohol, wpada, a my wraz z nim, w korkociąg wielokrotnego ześwinienia, umierania i wskrzeszeń. Więckiewicz zachwyca w obu wcieleniach, dobrzy są też inni upadli towarzysze niedoli. Wdzierają się epizody z ulicy, z baru, z życia, jakich w książce nie ma, także nowe postaci i historie ich upadku. Barwne, minimalnie różne, zawsze traktują o samozniszczeniu.
Przez ekran wędrują alkoholicy płci obojga, odegrani m.in. przez znawców problemu. Oto oni podczas mityngów i ekscesów w zakazanych spelunach, rozbijający sobie twarze, kompromitujący się na festiwalach, podrygujący pod kroplówką, zagubieni w tłumie. Pijący na umór, do spodu, żałośni, czasem tylko zabawni. Oglądamy też lekarzy oddających się powołaniu i pozbawionych złudzeń.
Dla Jerzego szansą staje się zakochana kobieta (Kijowska). Nieraz zmarnuje tę szansę, tak jak puści mimo uszu kilka tyrad lekarza (Grabowski). Prosto z odwykówki idzie do baru, w domu robi pranie, porządki, odkurza i z otwartą butelką pikuje w nową wielodniówkę. I takim go zostawiamy, odtrutego, stojącego między domem a knajpą, z leniwą myślą, żeby w ogóle nie pić, którą odrzuci. Książka dawała Jerzemu więcej szans.
Werystyczna natura kina wygrywa z finezjami literatury, choć język filmu też daje szansę na sztukę. Jest tu i dobrze oddana nieciągłość czasu...
[pozostało do przeczytania 26% tekstu]
Dostęp do artykułów: