Zapowiadany koniec świata

Lansowany przez „Gazetę Wyborczą” jasnowidz zapowiedział na najbliższą jesień koniec świata. Przynajmniej w Polsce.

Stoi to w dużej sprzeczności z przepowiedniami dużo lepszego profety – ks. Klimuszki, który w latach 70. widział przed Polską 50 pomyślnych lat. Jak by nie liczyć, przynajmniej dycha z tego została. Zresztą, po wczytaniu się w tekst okazuje się, że nie chodzi tu o apokaliptyczny koniec wszystkiego, a co najwyżej o tąpniecie gospodarcze i wielki protest społeczny, który w efekcie zmiecie rząd Donalda Tuska.

Może się narażę wszystkim, których kryzys dotyka lub dotknie, ale powiem, że nie ma ceny, jakiej nie warto byłoby zapłacić, żeby pozbyć się tego rządu ignorantów, nieudaczników i... (pominę cięższe epitety). Każdy dzień ich rządów to kolejne straty, zwiększający się dług, niebezpieczne prawa i wadliwe ruchy kadrowe.

Niektórzy twierdzą, że władza, widząc nieuchronność klęski, robi wszystko, aby przekazać opozycji kraj w możliwie najgorszym stanie i potem móc ją za to krytykować.

Rodzi się tu analogia do 1989 r., choć moim zdaniem nie do końca słuszna. Schyłkowa III RP przypomina bardziej zrujnowaną Drugą Polskę Gierka, beznadziejnie zadłużoną, fatalnie administrowaną i uwięzioną w kleszczach własnej propagandy sukcesu. Choćby dlatego, że protesty w latach 1988–1989 były słabiutkie, co umożliwiło bezpieczne przekazanie władzy, a ruch w 1980 r. potężny i jedynym parasolem władzy była obecność sowieckiego hegemona. Dziś Unia Europejska nie będzie ratować Tuska. Już teraz ulubieniec Angeli ma coraz gorszą prasę.

Nie zgadzam się też, że nowa władza (jakakolwiek by była) skazana jest na niepowodzenie. Z gospodarką jest tak jak z walizką, gdy udajemy się na wakacje. W zależności od zawartości może być nie do zapięcia albo względnie luźna. Poza tym, oprócz rachunku aktywów i pasywów ekonomicznych istnieją rzeczy trudno policzalne, takie jak zaufanie i zdolność do wyrzeczeń, entuzjazm, środki...
[pozostało do przeczytania 23% tekstu]
Dostęp do artykułów: