Dorwać Trumpa za wszelką cenę. Przeszukanie w Mar-a-Lago i polityka

Dodano: 24/08/2022 - Nr 34 z 24 sierpnia 2022
FOT. CARLOS BARRIA / REUTERS / FORUM
FOT. CARLOS BARRIA / REUTERS / FORUM

ŚWIAT [USA, Donald Trump, Departament Sprawiedliwości, wybory]

Przeszukanie domu byłego prezydenta to bezprecedensowa sytuacja w amerykańskiej historii. Teraz piłka jest po stronie prokuratora generalnego Merricka Garlanda – jeśli nie postawi zarzutów opartych na jednoznacznych dowodach, decyzja o przeszukaniu może tylko wzmocnić Trumpa i dodać mu nowej politycznej energii.

8 sierpnia agenci FBI, na mocy nakazu podpisanego przez sędziego Bruce’a Reinharta, dokonują przeszukania w rezydencji byłego prezydenta USA Donalda Trumpa. Zabezpieczono ponad 20 pudeł z dokumentami, w których znajdowały się materiały oznaczone jako tajne, w tym przynajmniej jeden dokument objęty najwyższą klauzulą tajności. Agenci mieli też przeszukać garderobę żony byłego prezydenta i, jak poinformował Trump, rozpruć jego osobisty sejf. Choć nikt nie ma wątpliwości, że Trump nie powinien zabierać żadnych dokumentów z Białego Domu, bo zgodnie z Presidential Records Act z 1978 roku wszystkie dokumenty prezydenckie są własnością rządu USA, to jednocześnie pojawiają się pytania: czy sytuacja uzasadniała tak bezprecedensowy krok? Czy prokurator generalny Merrick Garland, będący w końcu bezpośrednim podwładnym Joego Bidena, nie nadużył swoich uprawnień, by przyszpilić niedawnego przeciwnika politycznego swojego szefa?

Dokumenty i polityka

Narracja, którą starają się promować demokraci, przekonuje, że zgodnie z prawem dokumenty nie należały do Trumpa, były prezydent łamał prawo, które obowiązuje go tak samo jak każdego szeregowego obywatela. Jeśli Trump miał dokumenty objęte klauzulą tajności, szczególnie takie oznaczone „top secret”, to dodatkowo było to zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego. Ta narracja wzmacniana jest też przez kontrolowane wycieki, które trafiały ze służb do zaprzyjaźnionych mediów. Na przykład według „New York Timesa” agenci FBI, którzy otrzymali od współpracowników Trumpa dostęp do kamer monitoringu w Mar-a-Lago, zobaczyli na nich „coś, co ich zaniepokoiło”. Choć „Times” nie informuje, co to miało być, domyślny czytelnik dopowie sobie zapewne, że mogło dochodzić do jakichś prób niszczenia lub manipulowania dokumentami. Z kolei „Washington Post”, już po przeszukaniu, uzyskał informację od swoich źródeł, że wśród odzyskanych dokumentów znajdowały się „wysoce tajne”, zawierające informacje o „zdolnościach nuklearnych USA”. Między wierszami pojawiają się też sugestie, że przeszukanie może przynieść owoce dla śledztwa prowadzonego przez kongresową komisję ds. 6 stycznia, która stara się udowodnić, że Trump realizował plan zmierzający do zachowania władzy po przegranych, a według niego sfałszowanych wyborach. Jest to o tyle logiczne, że można założyć, iż większość dokumentów z Mar-a-Lago pochodzi z końcówki prezydentury Trumpa, a część została zabrana dosłownie w ostatnich godzinach przed opuszczeniem Białego Domu.

Problemy Garlanda

Problemem tej narracji jest to, że pozostawia mnóstwo luk, które oczywiście przeciwnicy Trumpa, przekonani o jego głębokich wadach charakteru, są w stanie bez problemu wypełnić. Jednak sam fakt posiadania przez Trumpa dokumentów, których posiadać nie powinien, może nie wystarczyć, by uzasadnić bezprecedensowe działanie FBI. Merrick Garland natrafi tu bowiem na dwa problemy. Po pierwsze, jeśli najbardziej ma obciążać Trumpa fakt, że dokumenty w jego posiadaniu były tajne, to najpierw trzeba będzie przeskoczyć pewien prawniczy problem. Zgodnie z amerykańską konstytucją to prezydent ma pełnię władzy w kwestii odtajniania materiałów i może to zrobić na wiele sposobów. Trump i jego współpracownicy twierdzą, że wszystkie dokumenty znajdujące się w Mar-a-Lago zostały wcześniej odtajnione. John Solomon, współpracownik Trumpa, który komunikuje się z Archiwum Narodowym, stwierdził, że podczas jego prezydentury istniało „stałe polecenie”, zgodnie z którym wszystkie dokumenty przenoszone z Gabinetu Owalnego do rezydencji były automatycznie odtajniane. Jeśli Departament Sprawiedliwości będzie chciał postawić Trumpowi zarzuty, to najpierw sąd będzie musiał rozstrzygnąć sprawę tajności dokumentów, a to zajmie sporo czasu.

Nawet jeśli Garland zrezygnuje z rozstrzygania sprawy tajności i za przestępstwo będzie chciał uznać samo posiadanie przez Trumpa dokumentów, nawet jawnych, pojawia się problem wcześniejszych precedensów. W przededniu wyborów 2016 roku szef FBI James Comey podjął decyzję o niepostawieniu zarzutów Hillary Clinton, która jako Sekretarz Stanu korzystała z prywatnego serwera mailowego do prowadzenia służbowej korespondencji, w której znajdowały się materiały tajne, jak i takie oznaczone „top secret”. Choć FBI znalazło dowody na nieprawidłowości, a nawet „dowody wskazujące na możliwość popełnienia przestępstwa”, Comey zamknął sprawę, nie chcąc w zbyt znaczącym stopniu wpływać na proces wyborczy. Garlandowi trudno byłoby uniknąć zarzutów o to, że były prezydent zostałby potraktowany zupełnie inaczej, gdyby nie nazywał się Donald Trump.

Trump i przyszłość republikanów

Nie można oczywiście wykluczyć, że w materiałach pozyskanych przez FBI, być może w połączeniu z ustaleniami komisji ds. 6 stycznia, znajduje się coś, co będzie dla Donalda Trumpa ostatecznie kompromitujące. Podobnie jednak mówiono o innych próbach usidlenia byłego prezydenta, od śledztwa ws. „rosyjskich wpływów” poprzez dwie procedury impeachmentu. Ostatecznie opinia publiczna zawsze dowiadywała się czegoś nowego. Charakter Trumpa, jego lekceważenie norm i obyczajów politycznych pokazane były w nie najlepszym świetle, ale we wszystkich tych próbach brakowało czegoś, by wyprowadzić decydujący cios. Niechętni Trumpowi dowiadywali się tego, co już wcześniej wiedzieli, a jego zwolennicy tylko utwierdzali się w przekonaniu, że „system” nie cofnie się przed niczym i użyje wszelkich dostępnych metod, by zneutralizować ich ulubieńca.

Póki co, ta kolejna próba, na czele której stanął Merrick Garland, tylko wzmacnia politycznie Donalda Trumpa. Do jego organizacji płyną fundusze, w tej chwili na jej kontach znajduje się 110 mln dolarów. Czy Trump zdecyduje się, by wykorzystać je na kampanię prezydencką w 2024 roku, czy może będzie chciał wspierać w ten sposób kojarzonych z nim kandydatów w nadchodzących wyborach śródterminowych? Niezależnie od tego, jaką decyzję podejmie, były prezydent znowu znalazł się w centrum uwagi, a to, w jaki sposób go potraktowano, sprawiło, że nawet republikanie, z którymi od dawna nie było mu po drodze, stanęli w jego obronie.

Demokraci wcale nie muszą być zasmuceni takim obrotem spraw. W ich przekonaniu ciągłe zajmowanie się wybrykami Trumpa z przeszłości może odwracać uwagę od słabych notowań Bidena i jego mizernych dokonań, szczególnie w polityce wewnętrznej. Nie można też zapominać o tym, że pomimo braku popularności obecnego prezydenta, Biden, przynajmniej według wielu sondaży, wygrywa ciągle w potencjalnym, bezpośrednim starciu z Donaldem Trumpem. Paradoksalnie może się więc okazać, że choć według amerykańskiej lewicy Donald Trump jest największym „zagrożeniem dla demokracji”, może też być ostatnią nadzieją demokratów.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze