Rocznica

Na krótki moment ulegliśmy iluzji, że może dzięki tragedii staniemy się lepsi, a każdy łotr okaże się tym dobrym łotrem. Przecież wojna polsko-polska miała być tylko grą. Na niby! Mówiło się: „Popyskują na sali sejmowej, połomocą w studiach telewizyjnych i pójdą razem na wódkę”. Otóż nie pójdą. Już nie!

Ma rację Rymkiewicz twierdząc, że to, co pękło, już się nie sklei. Kiedy wreszcie oddadzą władzę, nie będą nazywani ludźmi honoru. Żmudna walka o prawdę stała się bowiem nie tyle rozpraszaniem mgły, ile topieniem pokrywy śnieżnej, a wyłonione spod niej brudy okazały się gorsze od najczarniejszych wizji.

Wiedzieliśmy o przekazaniu dochodzenia w ręce Rosjan (rzec kuriozalna, ale pocieszano nas, że będziemy uczestniczyć jako pełnoprawni partnerzy), nie wyobrażaliśmy sobie, że nie będzie z naszej strony żadnego śledztwa – nawet pozorowanego – ani przekopania ziemi, ani zbadania wraku, ani sekcji zwłok, ani rekonstrukcji wraku, ani symulacji katastrofy, ani choćby pomiaru brzozy.

Nie wiedzieliśmy, że początkowo Rosjanie dopuszczali inne opcje śledztwa, że proponowano nam pomoc międzynarodową. Nie zdawaliśmy sobie sprawy ze ścisłości „omerty”. Żadnych wyjaśnień, żadnych dyskusji, dla wątpiących – inwektywy.

Od początku zdawaliśmy sobie sprawę, że państwo nie zdało egzaminu, ale ciągle tliła się nadzieja, że choć kaleki, to jest nasz kraj. Że prezydent to był wprawdzie polityczny przeciwnik dla rządzących, ale jednak symbolizował Rzeczpospolitą. Że wśród poległych znaleźli się członkowie władz koalicji. Przyjaciele. Potraktowano ich jako „straty dopuszczalne”.

Nie mamy już złudzeń co do obecnej Rosji. Niestety – w imperialnych metodach nic się tam nie zmienia – nawet jeśli byłaby to tylko katastrofa sprowokowana, późniejsze śledztwo i rozgrywanie sprawy na świecie daje sporo do myślenia. Upadły mity o niecelowości zamachu przeciwko prezydentowi, który i tak miał przegrać wybory – zapomina się, że zginęła z nim...
[pozostało do przeczytania 18% tekstu]
Dostęp do artykułów: