Klapa lewicowej krucjaty Tuska

Choć Tusk sam poparł ustawę i publicznie udzielił reprymendy Jarosławowi Gowinowi, i choć odstawił tę typową dla siebie komedię pt. „Premier się gniewa”, a nawet – jak to się pięknie mówiło – wbiegł na mównicę, by odciąć się od konserwatystów, a więc choć zrobił to wszystko, czego od niego oczekiwano, liberalne media urządziły mu piekiełko. Model Platformy jako partii katalizującej rozmaite społeczne dążenia, nastroje i poglądy wydawał się wtedy wyczerpywać. W tej sprawie nie chodziło bowiem o to, by jak zawsze pozorować dyskusję i trochę pobywać w mediach z rozmaitymi stanowiskami, ale by postawić sprawę na ostrzu noża i wreszcie przeforsować pierwszy punkt postępowego programu.

Tusk znów konserwatywnieje

Było to oczywiście niemożliwe, bo nie po to powstała Platforma, by przegłosować związki partnerskie, ale by żyło się lepiej. A prawdziwa ideologiczna wojna – taka już na noże, a nie tylko radosne pohukiwania – lepszemu życiu nie służy. Zawsze przecież można kogoś do siebie zrazić, niechcący puścić zbyt śmierdzącego bąka w którymś z salonów, zachować się niegrzecznie względem popierającej nas od lat cioci lub rozgniewać mającego zupełnie inne poglądy wujka. A tu chodzi o to, by na Platformę zagłosowała i ciocia, i wujek, i para mieszkająca za ścianą, i wielodzietna rodzina piętro niżej. Więc w tym całym grzaniu na związki partnerskie, w histerycznych krzykach i rozdzieraniu szat, w masowo produkowanych mailach i sążnistych wywodach felietonistów „Gazety Wyborczej” – w tym wszystkim była przesada, która stabilności władzy i dobremu życiu nie służy.

Za bardzo więc wszyscy przegrzali i gdy opublikowano pierwsze po tej sprawie sondaże, okazało się, że Platformie poparcie spada. To jeszcze nikogo nie dziwi, zawsze można przecież powiedzieć, że gdyby Platforma uchwaliła związki, a najlepiej dorzuciła do nich trawkę, odzyskałaby poparcie. W końcu – jak głosi wieść z prawej i z lewej strony – jej poparcie zależy od...
[pozostało do przeczytania 70% tekstu]
Dostęp do artykułów: