Lepsze od bajki!

Ta realizacyjna sprawność i determinacja Bendjelloula, który kręcił za własne oszczędności, bo nie chciał tracić czasu na szukanie dotacji, staje się częścią opowieści. Reżyser dowiaduje się od znajomej, że muzyczną scenę w RPA podbijają piosenki z płyty „Cold fact”, wydanej w USA w 1970 r. przez nieznanego Sixto Rodrigueza.

Pełne wdzięku, melodyjne, poetyckie wizje skonfliktowanego społeczeństwa, miłosne zwierzenia outsidera, tworzą modę, uruchamiają kult, wyzwalają w RPA śmiałość do twórczości własnej. Oglądamy zespoły, którym Rodriguez pomógł odnaleźć własny ton, a setkom tysięcy słuchaczy w kraju na antypodach, dotkniętym apartheidem i doświadczającym moralnego poruszenia, podarował ducha mądrej odnowy. Przyczyna tego fermentu dotarła tam w postaci jednej, może dwu płyt, które są kopiowane i wydawane bez końca. Te piosenki są w RPA bardziej popularne niż Beatlesi i Rolling Stones, a Rodriguez, trochę podobny do Dylana (do Donovana?), zdaje się obywatelom RPA bliższy niż wszyscy tamci razem wzięci.

Film bada ten fenomen. Ale jest też pościgiem, poszukiwaniem. O Sixto krążą legendy, śpiewał tyłem do widowni, w Stanach nie poznano się na nim, nie wytrzymał – zastrzelił się na scenie. A może podpalił. Realizatorzy odwiedzają muzyków, krytyków, wydawców w RPA i na innych kontynentach. Było wiele fabuł opisujących podobne poszukiwanie – od „Obywatela Kane” do „Człowieka z marmuru”. A patrząc z innej filmowej perspektywy, widać podobieństwo „Sugar Mana” do arcydzieła Chaplina „Światła wielkiego miasta” i do… naszego „Znachora”. Chodzi o archetypiczną historię o wielkim pechu i moralnym triumfie, przychodzącym w ostatniej chwili.

„Sugar Man” to także film detektywistyczny. Bendjelloul nie poprzestaje na pogłoskach. Realizatorzy idą tropem faktur i niewypłaconych honorariów. Odnajdują znaki w słowach piosenek Rodrigueza, powiększają okładkę płyty, by ją czytać, tak jak deszyfrowało się kiedyś „Abbey Road” Beatlesów. Zasięgają...
[pozostało do przeczytania 36% tekstu]
Dostęp do artykułów: