Karpie na białym koniu

Ślesicki, któremu w istocie wyszedł jeden porządny film („Tato”, bo „Sara” była już tylko niezła), nie miał szczególnie szyderczego zamiaru. Podwiązał się pod rocznicę, narracyjnie poleciał Altmanem i jego „Na skróty”. Była nadzieja, że synteza pojawi się sama i powstanie film o moralności. Nie pojawiła się i nie powstał. Jest trochę emocjonalnych scen (do tego Ślesicki ma rękę), dużo śmieszności i chaosu. Ale to jeszcze pogarsza sprawę, bo szyderstwo łatwiej byłoby znieść niż brak taktu i elementarnej zręczności.

Reżyser odsłania siebie i swoje środowisko jako artystycznie bezradne wobec konfliktów targających dziś Polską. Także pozbawione odwagi. Nie można udawać, że nic nie dzieje się na Krakowskim Przedmieściu, że nikt nie zginął, nikt nikogo nie zabił ani nie skopał, nikt z nikim nie walczy przy pomocy setki użytecznych pismaków i polityków od brudnej roboty. Nie ma w Polsce afer ani agentur, są tylko mili filmowcy, którzy trochę piją, no i kłusownicy karpi kochający swoich synków (dobry stary Królikowski i mały Walewski), ale niszczeni zazdrością sąsiadów, którzy nie mogą znieść, że biały koń nie trafił do ich zagrody.

To nie jest kino nie do oglądania. To jest kino prowincjonalne i pozbawione wielkości. Powstało we wsobnej atmosferze, w kręgu zużytych tych samych spostrzeżeń, urazów i z gotowych klocków globalnych („Na skróty”, „Motyl i skafander”, „Noc na ziemi”, także krajowe „Zero”). Film nie odpowiada na żadne z polskich pytań, nie sposób też zeń zrobić aktu oskarżenia, gdyby komuś specjalnie zależało. Jest ćwiczeniem gramatycznym, sceny przepływają przez sceny, życzliwość, z jaką potraktowano w nim akurat reżysera-pijaka, pokazuje, że twórcom brak perspektyw i dystansu.

Nie wiem, czy film o reżyserze, lekarzu, malarzu, nauczycielce angielskiego byłby lepszy, gdyby go nakręcił akurat kłusownik. Ale pomarzyć można.

Trzy minuty. 21:37

Scenariusz i reżyseria: Maciej Ślesicki
Zdjęcia: Andrzej...
[pozostało do przeczytania 7% tekstu]
Dostęp do artykułów: