Roczny bilans Bidena. Szybki koniec „transformacyjnej” prezydentury

FOT. DREW ANGERER - POOL VIA CNP / ZUMA PRESS / FORUM
FOT. DREW ANGERER - POOL VIA CNP / ZUMA PRESS / FORUM

ŚWIAT [USA, prezydent, polityka zagraniczna]

Największe projekty prezydenta Joego Bidena albo okazały się totalną klęską, jak wycofanie wojsk USA z Afganistanu, albo w ogóle nie ruszyły z miejsca, jak wielkie plany wydatkowe. Najgorsze dla samego prezydenta i jego otoczenia może być jednak to, że w nadchodzącym roku jeszcze bardziej zmniejszy się jego pole manewru. 

„Bądźmy uczciwi: 2021 rok nie był w całości zły” – brzmiał tytuł tekstu, który kilka dni po świętach wysłał do gazet Ron Klain, szef gabinetu prezydenta. Klain przez kilka ostatnich miesięcy stał na czele prób odratowania tonącego wizerunku prezydenta Bidena. Organizowano spotkania z wydawcami, redaktorami i producentami z przychylnych jeszcze niedawno mediów, w których próbowano przekonywać, że aktualna administracja ma na swoim koncie sukcesy. Na ratunek próbował pospieszyć publicysta „The Washington Post” Dana Milbank, który twierdził, że w swoim pierwszym roku Biden był przez media traktowany nawet mniej przychylnie niż Donald Trump w ostatnim roku swojej prezydentury. Metodologia Milbanka, który za „jednoznacznie negatywne” uznał artykuły na przykład po prostu cytujące słabe wyniki zaufania do Bidena, została wyśmiana nawet przez jego kolegów z liberalno-lewicowych mediów. Te próby pokazują jednak sporą naiwność otoczenia Bidena, które wierzy, że ocena prezydentury ostatecznie uzależniona jest od dobrego nastawienia tych, którzy tworzą narrację o niej. Każdą katastrofę można przedstawić jako sukces. Na przykład ewakuacja z Afganistanu nie była klęską i kompromitacją, lecz sukcesem w stworzeniu „największego mostu powietrznego w historii”. Poza tym pamiętacie jeszcze Trumpa? On był dużo gorszy, prawda?

Być jak FDR albo LBJ

W marcu 2021 roku w Białym Domu odbyło się spotkanie prezydenta Bidena z grupą liberalnych historyków, specjalizujących się w prezydenckich biografiach. Cel? Określić najlepszy kontekst, w którym prezydentura Bidena będzie się jawiła jako najbardziej historyczna i transformacyjna. Historycy podsuwali porównania do Franklina Delano Roosevelta i Lyndona Bainesa Johnsona. W centrum podobieństw miały stać wielkie plany wydatkowe Bidena, na wzór „New Deal” FDR. „Nawet jeśli weźmie się pod uwagę inflację – mówił portalowi NPR historyk Jonathan Atler – to w programach Bidena jest dużo więcej pieniędzy niż w tym, co Roosevelt zrobił w pierwszych 100 dniach swojej prezydentury”. „Biden chce być jednym z najbardziej znaczących prezydentów w historii” – pisał po spotkaniu portal Axios. „Perspektywa historyków była bardzo podobna do jego własnej. Czas, by zrobić więcej i szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Jeśli to oznacza wyrzucenie do kosza filibustera i podejścia dwupartyjnego, to trudno” – czytaliśmy w tym samym artykule. 

To moment pełen symboliki. Zanim upłynęło 100 dni prezydentury, Biden myślał już o tym, jak napisać jej historię. Po drugie, jego wizje najlepiej rozumieli ludzie, którzy na co dzień zajmują się przeszłością. A przeszłość ma to do siebie, że jest statyczna, nic w niej już nie można zmienić. Zupełnie inaczej jest z rzeczywistością, w której Bidenowi przyszło sprawować swój urząd. Ta zmienia się nieustająco i nie ogląda się na to, czego życzyłby sobie prezydent. Tu tkwi największy problem projektu politycznego pod nazwą Joe Biden. Ta prezydentura została wymyślona, zanim jeszcze się na dobre rozpoczęła, a to sprawiło, że wizja Bidena okazała się kompletnie niedostosowana do rzeczywistości, oczekiwań i potrzeb Amerykanów. Gdy sprawy nie szły po jego myśli, Biden złościł się na rzeczywistość, na media, które są nieprzychylne, na wyborców, którzy są „zagubieni i wystraszeni”, a nawet na takie zjawiska jak imigracja czy inflacja, które nie chciały okazać się „sezonowe” lub „przejściowe” tylko dlatego, że on sobie tego życzy. 

Może są jeszcze tacy, którzy uważają, że Biden może być dobrym prezydentem, może lepszym niż Trump. Ale nikt chyba już nie wierzy, że wizja prezydentury „historycznej i transformacyjnej” ma jeszcze szansę się spełnić. We wspomnianym artykule Axios stwierdzano, że są cztery powody, z powodu których Biden powinien zrobić „więcej i szybciej”. „1. Ma pełną kontrolę nad Kongresem; 2. Partyjni aktywiści na niego napierają; 3. W jego plecy wieje wiatr wzbierającej dobrej koniunktury ekonomicznej; 4. Jest popularny w sondażach”. Wystarczy rzut oka na te czynniki, by stwierdzić, że ta wizja rozleciała się jak domek z kart. 1. Senator Manchin (Demokrata) zablokował plany wydatkowe Bidena, kontrola nad Kongresem jest fikcją; 2. Nawet CNN szuka już kogoś, kto mógłby ubiegać się o prezydenturę w 2024 roku zamiast Bidena, i Kamala Harris raczej nie jest brana pod uwagę; 3. 6 na 10 Amerykanów źle ocenia działania Bidena wobec gospodarki; 4. Bidena pozytywnie ocenia tylko 42 proc. Amerykanów. 

Trudny rok 2022

Jeśli otoczenie Bidena chce przekonać wszystkich, że rok 2021 nie był taki zły, to głównie dlatego, że w nadchodzącym roku może być jeszcze gorzej. Demokraci mają przewagę 221 do 213 w Izbie Reprezentantów i korzystny dla siebie remis 50–50 w Senacie. Postawa senatora Manchina z Zachodniej Wirginii i senator Kirsten Sinemy pokazała, że zakładanie, iż wszyscy demokraci w Senacie będą głosować tak, jakby życzył tego sobie prezydent, jest głęboko naiwne. Szczególnie jeśli ci demokraci pochodzą, jak Manchin, ze stanów jednoznacznie preferujących Republikanów albo ze swing state, jak to jest w przypadku Kirsten Sinemy. Ale choć lewica lubi przedstawiać tę buntowniczą dwójkę jako „zdrajców demokracji”, tak naprawdę Biden jest winny sam sobie. To on oparł sukces swojej prezydentury i wszystkie obietnice z nią związane na przegłosowaniu wielkich planów wydatkowych (tzw. Build Back Better), na co nigdy nie miał gwarancji. Gdy Amerykanów martwiła rosnąca inflacja, kryzys na południowej granicy czy wzrost przestępczości, Biden i jego otoczenie przekonywali, że już za chwilę, już niedługo, uda się przekonać Manchina i przegłosować pakiet, a wtedy wszystkie problemy znikną jak za dotknięciem magicznej różdżki. To podwójna klęska. Bo po pierwsze, Biden gonił za czymś, co nigdy nie było wielkim priorytetem i nie budziło wielkiego entuzjazmu wśród zwykłych Amerykanów. Po drugie, nawet jeśli cel był źle obrany, to Biden w dodatku nie zdołał go osiągnąć. A to sprawiło, że stracił w oczach nawet tej zdeterminowanej mniejszości, która wierzyła w jego wizję. 

Wrażenie niekompetencji Bidena nie byłoby być może tak wielkie, gdyby nie obietnice, które sam składał i których nie był w stanie spełnić. Podczas kampanii stwierdził, że „zakończy wirus”, a po roku jego prezydentury w USA jest więcej przypadków koronawirusa niż kiedykolwiek wcześniej. Obrazki z ewakuacji w Afganistanie same w sobie były przerażające, ale nie miałyby może tak wielkiej siły rażenia, gdyby nie słowa samego Bidena, który jeszcze kilka tygodni wcześniej stwierdzał, że absolutnie nie ma możliwości zaistnienia takiego scenariusza, w którym opinia publiczna w USA zobaczy powtórkę z ewakuacji Saigonu. 

Zmiana trendów

20 listopada 2022 roku Biden skończy 80 lat. To mogą być bardzo smutne urodziny, bo jak ocenia Dave Wasserman z Cook Political Report, demokraci w listopadowych wyborach śródterminowych mogą stracić od 44 do 51 miejsc w Izbie Reprezentantów, a utrata kontroli nad Senatem, choć jest mniej przesądzona, także wchodzi w grę. W samej partii nastroje nie są też optymistyczne, aż 24 demokratów z Izby ogłosiło, że przechodzi na emeryturę i nie będzie ubiegać się ponownie o swój fotel. Już teraz sondaże pokazują, że większa część Amerykanów identyfikuje się jako republikanie, nie demokraci, a to sytuacja, która nie miała miejsca od lat. Co więcej, badania i wyniki wyborów pokazują, w jak szybkim tempie kruszy się koalicja Bidena, który traci w tych grupach, na których demokraci w poprzednich latach opierali swoje zwycięstwo. Tam, gdzie w 2021 roku odbyły się wybory, republikanie osiągali zwycięstwa, które jeszcze kilka lat temu, ba, nawet rok temu, byłyby nie do pomyślenia. Virginia czy New Jersey, stany, gdzie Biden wygrywał z Trumpem bardzo pewnie, pokazały zmianę w preferencjach wyborców o kilkanaście punktów procentowych. Kandydat GOP wygrał wyścig o fotel burmistrza w McAllen w Teksasie, gdzie zdecydowana większość populacji to Latynosi. Grudniowe badanie NPR/PBS News Hour pokazało, że w grupie wyborców niezależnych Bidena ocenia pozytywnie tylko 29 proc. Dobre zdanie na temat prezydenta ma tylko 33 proc. Latynosów. 

Jeśli te trendy się utrzymają, to może się okazać, że owszem, Biden znajdzie dla siebie miejsce w historii, ale nie takie, którego by sobie życzył. Może się okazać, że jego prezydentura, jak prezydentura Jimmy’ego Cartera, stanie się prologiem do republikańskiej dominacji w amerykańskiej polityce, która może potrwać nawet dekadę.

     

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze