„Cierpiący gringo”. W miasteczku na skrzyżowaniu trzech rzek

Podróże [Wenezuela]

Ubrany w ciemnozielone moro żołnierz przegląda nasze dokumenty. Po chwili idzie skonsultować coś z kolegą. Wraca i znów uważnie szuka czegoś w przeglądanych przez siebie papierach. Co pewien czas ponuro na nas spogląda. Nie mam dobrych przeczuć. Nikt by nie miał.

 – Nie możecie dalej płynąć! – wzrok żołnierza wydającego rozkaz jest surowy. – No ale przecież wszystko się zgadza. Macie tu całą dokumentację – nasz indiański przewodnik José spogląda na żołnierza błagalnym wzrokiem. – Nie wszystko się zgadza. I w tym właśnie cały ambaras, señor! – wyglądający na dowódcę brygady mężczyzna wertuje kolejne kartki, które wręczył mu Indianin.

Żołnierze stoją na pomoście portu, do którego przed chwilą wpłynęliśmy. Portu w miejscowości znikąd. Jak bowiem inaczej nazwać osadę, która pojawia się nagle po kilku dniach płynięcia przez dziewiczy las. Gdy przez całe dziesiątki godzin nie spotykaliśmy żadnych ludzkich oznak życia, żadnych motorówek, łodzi, czółen. O

     
16%
pozostało do przeczytania: 84%

Artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

SUBSKRYBUJ aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze