Stefan Czerniecki

Stefan Czerniecki
Zakopane ma Krupówki. Gdańsk Mariacką. Nowy Jork szczyci się Broadwayem. Paryż – Champs-Élysées. Praga ma swoją Złotą Uliczkę. Zaś Barcelona La Ramblę. Ekwadorskie Quito wcale nie wygląda w tym zestawieniu gorzej. Ma w końcu La Rondę! Nie ma tu tylu wieżowców co przy Broadwayu, nie ma też charakterystycznych gaudiowskich balkonów jak przy hiszpańskiej La Rambli. Trudno tu również dostrzec coś, co miałoby przypominać Łuk Triumfalny znad francuskiego Champs-Élysées. I nikt nie sprzedaje oscypków, jak na najsłynniejszej ulicy polskich Tatr. Ale i tak ta romantyczna uliczka biegnąca przez historyczne centrum stolicy Ekwadoru stanowi konkurencję dla wszystkich wyżej wymienionych. Za dnia ściany budynków okalające wąską i krótką (ma zaledwie 120 metrów) uliczkę La Ronda zdają się jaśnieć...
Stefan Czerniecki
Nie ma drugiego takiego miejsca na świecie. Tak zadziwiającego w swej prostocie. Że oto patrzysz w prawo... I nic! Obracasz głowę w lewo. I nic! Po horyzont. Nicość zadziwiającej pampy. Myślałem: może Mongolia? Tam też mają równinne stepy pokryte trawą. Jednak mongolskie stepy, powolutku zbliżając się w stronę Ałtaju, stają się mocno pofałdowane. Australia? Tam też płasko. Ale to przede wszystkim piachy i kamienie. Nie! To argentyńska pampa jest niepodrabialna. I powiem Państwu coś jeszcze. Nie wierzyłem, dopóki nie przekonałem się o tym na własne oczy. – No ale jak to nic nie ma? Zupełnie nic? – upewniałem się tuż po wylądowaniu w Buenos Aires podczas rozmów w ogródku moich argentyńskich przyjaciół kilka dni przed wyjazdem na południe ich ojczyzny. – Stefano, nic a nic. Jedna wielka...
Stefan Czerniecki
Ten park to swego rodzaju fenomen, który naprawdę trudno opisać. I nie zrobią tego ani legendy, ani nie pomoże najbardziej plastyczne słownictwo. Zaczyna się od dwóch potoków. Pierwszy lokalni mieszkańcy nazwali Bijela. Drugi zaś – Crna Rijeka. Potoki zasilane przez kolejne dopływy znajdujących się w pobliżu strumieni w końcu „rosną w siłę”. Swoją drogą, będzie im ona potrzebna. Oto nurt natrafia w pewnym momencie na teren pełen skalnych progów, a nawet przepaści. Tu rzeka musi ulec. Spada więc z wysokości kilkudziesięciu metrów, rozbijając się na dole na kolejne pomniejsze strumienie. Teraz płynie ich gromadą, współtworząc niebanalny pejzaż złożony z 92 (!) wodospadów i 16 jezior. Witajcie w „Nacionalnim parku Plitvička jezera”! Brzmi ładnie, prawda? Pamiętam, gdy trafiłem tu...
Stefan Czerniecki
Fitz Roy wraz z okoliczną Cerro Torre współtworzą najprawdopodobniej jeden z najbardziej pożądanych górskich pejzaży świata. I trudno się temu dziwić. Te dwie ściany razem wyglądają wręcz zjawiskowo. Szkoda tylko, że tak rzadko. – Dajesz radę? To musi być już niedaleko! – staram się pocieszyć koleżankę. Jednocześnie samego siebie. Tak naprawdę bowiem nie mam zielonego pojęcia, ile jeszcze przed nami. – Monika? – Czy daję radę? Nie. Umarłam pięć minut temu – odpowiada ironicznie. Po kilku chwilach jednak nie wytrzymuje, krzycząc wniebogłosy: – Ile można?! Czy ten grad nie mógłby już przestać?! Dookoła nas iście arktyczne warunki. Jest zimno i wietrznie. Oboje jesteśmy już kompletnie mokrzy. Deszcz jest nieubłagany. A szczyt, który miał być dla nas magnesem przyciągającym swym...
Stefan Czerniecki
Malowniczo poprowadzone murki, nieszablonowe kolumny i stylizowane na zrujnowane zameczki. Na niespełna 15 hektarach udało się utworzyć całkiem romantyczną szkatułkę naturalnego pejzażu. Taką w sam raz, by zainspirować do napisania wiersza. I tylko romantycznych poetów brak... – Dzień dobry! Wcześnie pan przyjechał! – uśmiechnięty od ucha do ucha ochroniarz otwiera mi bramę wejściową do parku. – A bo wie pan… Chciałem być pierwszy, by pospacerować w samotności – usprawiedliwiam chyba bardziej sam siebie, rewanżując się uśmiechem sympatycznemu panu. – No, to będzie pan miał fantastyczne warunki. Oprócz mnie nikogo tu nie ma – kontynuuje ochroniarz. – A komu mam zapłacić za wstęp? – pytam, wskazując na drewniany szałasik, nad którym widnieje napis „KASA”. – Szanowny panie. Dziś...
Stefan Czerniecki
Z jednej strony wychwalany od niedawna przez ekonomistów za zdławienie trapiącej gospodarkę dwucyfrowej inflacji. Z drugiej – zakątek ziemi, gdzie nadal ci najmniej majętni są zmuszeni zarabiać na chleb w sposób uwłaczający ich godności. Współcześni niewolnicy. Mijając rozległe pola ryżowe, co pewien czas widnokrąg zasłania mi gigantyczny baner, nieco kontrastujący z otoczeniem. Oto na tle rozlatujących się chat i gospodarstw wiejskich położonych przy głównej szosie wybrzeża na plakacie widać wielkiego żołnierza stojącego nad gromadką dzieci i ich rodziców. Wszyscy uśmiechnięci z ufnością spoglądają na swego dobroczyńcę wyposażonego w gotową do odpalenia broń. Nad całością sielankowego obrazka powiewa czerwona flaga z żółtą gwiazdą pośrodku. Nie trzeba wcale daleko odjeżdżać, aby...
Stefan Czerniecki
Gotową recepturę na wonności do ciała podaje Biblia. A konkretnie 30. rozdział Księgi Wyjścia. Posuwając się powoli wzdłuż współczesnego przebiegu jerozolimskiej Drogi Krzyżowej, bardzo szybko oswoimy się z tym zapachem. Idą dwójkami. Ubrani w ciemnobrązowe habity, z przewiązanym w okolicach pasa białym sznurem. Niektórzy za sznurami mają jeszcze zaczepiony dodatkowo duży, drewniany różaniec. Idą w milczeniu. W maksymalnym skupieniu. Franciszkanie. Rzymskokatoliccy kustosze Bazyliki Grobu Pańskiego, najważniejszego – przynajmniej dla każdego chrześcijanina – kościoła w całej Jerozolimie. Część trzyma w dłoniach niewielkie krzyżyki. Ta droga dopiero ma się dla nich zacząć. Aby dojść do pierwszej stacji, muszą najpierw wyjść z bazyliki i przejść przez wąskie, hałaśliwe uliczki...
Stefan Czerniecki
Jest rok 1602. 38-letni fizyk ma dość. Potrzebuje rozgłosu, by ktoś zwrócił wreszcie uwagę na jego badania. Jako wykładowca na uniwersytecie nie może ścierpieć, że ludzie nadal wierzą Arystotelesowi. „Udowodnię wam, że nie macie racji” – myśli, wspinając się po ciemku na stromą wieżę. Tę samą, z której miał za chwilę zrzucać kolejne przedmioty swemu asystentowi. czerniecki.net Nazywał się Galileusz i urodził się właśnie tutaj. To włoska Piza. 10 kilometrów od wybrzeża Morza Tyrreńskiego. Obok Florencji najsłynniejsza dziś miejscowość Toskanii. Z przepięknym kompleksem zabudowań na Polu Cudów (Campo dei Miracoli). Z katedrą, baptysterium, zabytkowym cmentarzem i słynną kampanilą, popularnie znaną Krzywą Wieżą. To właśnie na niej, zgodnie z przekazywaną z pokolenia na pokolenie...
Stefan Czerniecki
Po Budvie można przechadzać się w tę i z powrotem. Niektórzy robią to z zamiłowania do spacerów wąskimi uliczkami okalanymi starymi murami miejskimi. Inni pędzą na kolejny dziś obiad. Jeszcze inni szukają okazji. Bo o pokusę tu niezwykle łatwo. Nazywają go „Dubrownikiem w miniaturze”, „czarnogórskim Miami” albo po prostu „turystyczną stolicą kraju”. I faktycznie każde z tych trzech określeń ma swoje uzasadnienie. Po pierwsze, wąskie uliczki i domy pokryte czerwoną dachówką rzeczywiście kojarzą Budvę z zaułkami dubrownikowej Starówki. Po drugie, podobnie jak amerykańskie Miami, Budva stanowi łakomy kąsek dla wszystkich wielbicieli plaż i barów, zachęcając też do osiedlenie się tu kolejnych milionerów, o których nieco więcej za chwilę. Po trzecie, to właśnie tu rozwija się prężnie baza...
Stefan Czerniecki
Najpierw jest Wyżyna Lubelska i Powiśle. Potem Podlasie i Polesie Lubelskie. Na końcu zaś Roztocze i Nadbuże. W tej kolejności. Przez wszystkie przejdziemy w ciągu około dwóch godzin. Zanurzając się po drodze w leniwie sielankowej atmosferze staropolskiej wsi. Staropolskiej wsi, takiej od Jana Kochanowskiego. Wsi spokojnej, wsi wesołej. Znanej z fraszek wielkiego mistrza. Ale także uchwyconej gdzie indziej niż tylko w literaturze. Bo także w Muzeum Wsi Lubelskiej. Jako się rzekło, pierwsza jest Wyżyna Lubelska. Monumentalny wiatrak widać jeszcze z krajowej „siedemnastki” łączącej Warszawę z Lublinem. To znak rozpoznawczy tego miejsca. Ale my idziemy dalej. Do Miasteczka. W kierunku drewnianej zagrody, stajni. Wchodzimy do murowanej lepianki. Tutaj w środku wszystko pozostało tak,...
Stefan Czerniecki
Niektórzy z polskich turystów nazywają je „ekwadorskim Zakopanem”. To mocne nadużycie. Góry stanowią dla Baños zaledwie cząstkę atrakcji, dla których przybywają tutaj setki tysięcy turystów rocznie. Dla większości z nich Baños to stolica rowerów, wybuchowych wulkanów, skoków na bungee i wreszcie... gorącej kąpieli. W europejskich mediach sporo można wyczytać o wybudzaniu się Etny. Na Sycylii zamykają katańskie lotnisko. Sejsmolodzy odnotowują ponad 130 wstrząsów. Ludzie opuszczają wyspę. Boją się. Najsłynniejszy włoski wulkan znów staje się bohaterem gazetowych nagłówków i coraz rzadziej schodzi z telewizyjnych pasków serwisów informacyjnych. Prawda jest jednak taka, że – przy całym szacunku i powadze, z jakimi należy traktować zagrożenia, jakie w ostatnich tygodniach stanowią groźne...
Stefan Czerniecki
Zostało ich sześciu. Reszta musiała schodzić. Jeszcze inni pogubili się podczas podejścia. Pierwsza ekspedycja, której udało się wejść na szczyt Dhaulagiri. Sześciu ludzi. I tylko jeden, dwuosobowy namiot. Ścisk jest tak koszmarny, że biorący udział w wyprawie Szerpa Nyima Dordjee wybiera noc na 30-stopniowym mrozie w samym tylko śpiworze. – Namaste! – pozdrawia nas gromadka umorusanych dzieci. – Namaste – odpowiadamy zgodnie, zdążywszy nauczyć się już najpopularniejszego chyba z nepalskich słówek. – Teraz wypocznijcie. Przed wami długa droga. Smacznego – wracający z pól tarasowych ojciec rodziny, w którego domu spędzimy najbliższą noc, częstuje nas ciepłą zupą. – Kiedy przyjdzie reszta? – Jaka reszta? Idziemy sami. Jest nas tylko dwóch – odpowiadamy z Michałem nieco zaskoczeni. –...
Stefan Czerniecki
Gdyby ktoś znalazł się w Limie tylko na jeden, jedyny dzień, pierwszy raz w życiu, i miał możliwość zapamiętania tylko jednej, najbardziej rzucającej się w oczy, rzeczy, to z całą pewnością byliby to właśnie oni. Autobusowi naganiacze. – Halo! Stop! Stop! Ja tu wysiadam! – w ścisku pasażerskiego tłoku słychać kobiecy głos. – Señora, mi amor… – pada odpowiedź chłopaka stojącego w otwartych drzwiach na wpół zdezelowanego busa. – Piękności ty moja, wcześniej z takimi życzeniami, wcześniej... – Ale ja naprawdę muszę tutaj! Por favor! – Dobrze, dobrze… Bez paniki. Sin nervios! Już stajemy, już... – pisk opon i bus staje pośrodku ruchliwej ulicy. A objuczona zakupowymi torbami kobiecina rozpoczyna walkę z tłumem pasażerów tarasujących wejście. Tutaj raczej nikt sam z siebie się nie ruszy...
Stefan Czerniecki
Jest rok 1943. Świat żyje w ciągłym strachu. II wojna światowa nadal zbiera śmiertelne żniwo. Matki czekają w domach na swoich synów. Brytyjska prasa donosi o żołnierzach pojmanych przez japońską armię. Z azjatyckiego frontu nad Tamizę dochodzą strzępki informacji, że jeńcy mają budować Japończykom most. Brytyjski dowódca, pułkownik Nicholson, stawia sobie za punkt honoru udowodnić wszystkim wyższość moralną i techniczną Brytyjczyków nad resztą świata i osobiście pilnuje przebiegu prac. Mimo że most ma przecież służyć wrogowi. Mimo że nadzorcą budowy jest japoński pułkownik Saito, który gardzi jeńcami, gdyż wbrew bushidō Brytyjczycy poddali się, zamiast honorowo popełnić samobójstwo. Historię opartą po części na własnych przeżyciach opisał w swojej powieści Pierre Boulle. Zaś na ekrany...
Stefan Czerniecki
Zachodnia Boliwia. Gigantyczna przestrzeń białej nicości. Salar de Uyuni bez cienia wątpliwości zasługuje na miano jeśli nie najbardziej pięknego, to na pewno najbardziej fascynującego skrawka naszej planety. „To się nie ma prawa dziać naprawdę. To niemożliwe...” – powtarzam w myślach, stojąc oniemiały. – Niesamowite, prawda? – głos koleżanki z tylnego siedzenia naszego jeepa przekonuje mnie, że chyba nie tylko ja przeżywam to w taki sposób. – Wręcz nieziemsko! – tym razem drę się w wniebogłosy. Co się będę przejmował! W końcu do najbliższej cywilizacji jest dobre 50 kilometrów. Momentalnie zapominam o tych paru chwilach grozy, które dane nam było przeżywać jeszcze jakiś czas temu. Podejrzewam, że akurat wówczas minę musiałem mieć nie za tęgą. Jak to wyglądało? Oto ucieczka...
Stefan Czerniecki
W Europie już dawno o tym zapomnieliśmy. Tutaj rzeka to nadal podstawowe środowisko człowieka. To w niej zanurzeni po kolana mężczyźni spędzają połowę dnia. To w niej pracują. W niej się myją. W niej szukają żywności... Jest ciepła, bujna, wręcz nienaturalna. Zieleń okolicy sprawia piorunujące wrażenie. A odbijające się w rzece Nam Ou kształty okolicznych skalnych ścian dopełniają bajkową scenerię. I tylko ten warkot silnika naszej łodzi... Co tu ukrywać – nie jest to chyba najstabilniejszy środek transportu. Każda kolejna fala wprowadza kadłub w niebezpieczne kołysanie. Z przodu niewielka kabinka z pękniętą szybką. I skośnooki starzec w czarnej kurtce. Jakby zupełnie nieobecny. W naszą stronę zerknął tylko raz – kiedy jego kumpel z imitacji portu w Luang Prabang przyprowadził „...
Stefan Czerniecki
Leniwe słoneczne popołudnie. Eleganckie drewniane domki. Tak wygląda nieznająca smaku wielkomiejskich pokus osada północnego skraju Morza Bałtyckiego. Z wyludnionymi uliczkami. Kilkoma sklepikami. Kościółkiem. Ratuszem. I czymś jeszcze... – Ale właściwie po co? – te słowa wracają niczym déjà vu. Już je przecież słyszałem. Pytanie pojawiało się, ilekroć opowiadałem znajomym w zaufaniu o swoim zamiarze odwiedzin pewnego szwedzkiego miasteczka. – A jakoś tak. Po pierwsze, to baza tanich linii lotniczych do pobliskiego Sztokholmu. A po drugie… – zawieszałem głos. – Wydaje mi się, że znajdę tam coś inspirującego. Coś subtelnie beztroskiego. Z lotniska Skavsta pospiesznie wychodzi kilkudziesięciu pasażerów. Wszyscy przylecieli ostatnim samolotem z Krakowa. Tym samym, co i ja. Zresztą...
Stefan Czerniecki
Na temat ich wiedzy o leczeniu nieznanymi nam roślinami i ziołami można by napisać książkę. Prawda jest jednak taka, że nie wszyscy Indianie taką wiedzę posiadają. Jedynie kilku z nich. Specjalnie się do swojej misji przygotowują. W zaciszu lasu i swojej lepianki. – W tym lustrze widzę wszystkie ich choroby... – „Ich”, czyli kogo? – No, jak to kogo? Mieszkańców naszej wioski. Przyglądam się z zaciekawieniem na kawałek ewidentnie dawno niemytego szkła. Ot, zwykłe lustereczko. Z pęknięciem pośrodku. Jedno z niemych świadectw niegdysiejszej bytności w tym miejscy białego człowieka. Kawałek szkiełka w plastikowej ramce. Kto wie? Być może należał do któregoś z europejskich eksploratorów tutejszej dżungli? Być może ten ktoś pozostawił lusterko w darze Indianom? W końcu to popularny...
Stefan Czerniecki
Bez wątpienia to właśnie wapienne skały Ha Long sprawiły, że wietnamska zatoka znalazła się w gronie szczęśliwej siódemki zwycięzców rankingu Nowych Cudów Natury „New7Wonders” (nasze Mazury jako jedyne z Europy uplasowały się w pierwszej piętnastce). Wapienne skały w połączeniu z obfitymi opadami okresu monsunowego sprawiają, że Ha Long to raj dla speleologów. Jedną z największych i najpiękniejszych tutejszych jaskiń jest Hang Đầu Gỗ. – Halo, halo! Proszę państwa! Prędzej, prędzej! Za mną! Chciałbym wam coś pokazać! – wyraźnie podekscytowany przewodnik ewidentnie szykuje nam jakąś niespodziankę. – Już, już... Jeszcze tylko kilka ujęć. Ta pieczara wygląda naprawdę zjawiskowo – bezskutecznie próbuję zbyć natręta, robiąc zdjęcia wspaniałych nacieków skalnych Hang Đầu Gỗ. – Nie, nie......
Stefan Czerniecki
Długo nie pośpimy. Przed siódmą obudzą nas głośne nawoływania i gwizdy. To Włosi, którzy przed wyjściem do pracy obowiązkowo udają się na poranne cappuccino. Po drodze kupują „Il Giornale”, najsłynniejszy mediolański dziennik. – Si, si! Momento! – chłopak rzuca obojętnie na moje zapytanie o wolne miejsca. – Ale ja naprawdę nie mam czasu – usiłuję oderwać włoskiego recepcjonistę od słuchawki telefonicznej, na której, jak mniemam, zawieszona jest w tej chwili jego przeurocza sympatia. – Si, si! Momento! – po raz kolejny odpowiada mi to samo. A ja mam wrażenie, że odsłuchuję zdezelowaną płytę gramofonową. – Posłuchaj, kolego… Za oknem już zmrok. Lada moment wybije godzina 22. Szukam w tym mieście wolnego łóżka już od czterech godzin. Albo odłożysz choćby na chwilę ten telefon i...
Stefan Czerniecki
Obserwując wzajemne stosunki „pilnujących” porządku policjantów i puszczających w ich kierunku porozumiewawcze spojrzenia sklepikarzy, dochodzę do wniosku, że tutaj widocznie tak musi być. – Ej, ty! Dziewczyno! Do ciebie mówię! Nie widzisz kartki?! Zakaz fotografowania! –mężczyzna wybiega prosto na spowitą blaskiem latarni uliczkę do spacerującej po niej białej turystki. – Ale... Przecież robię tylko zdjęcie ulicy... – przerażona dziewczyna szuka wytłumaczenia. – Tak, tak… „Ulicy, ulicy...” – agresywny sklepikarz zaczyna przedrzeźniać wystraszoną ofiarę. – Pokaż lepiej aparat, zobaczymy, jaką to ulicę sfotografowałaś. Pogodzona z losem turystka pokornie wyciąga dłoń, prezentując na aparacie wszystkie zrobione w ostatnim czasie zdjęcia. Niestety, wśród nich jest także stoisko, o...
Stefan Czerniecki
Można by napisać, że Orinoko to buzująca „krew Ameryki Południowej”. Pulsująca jednakowo energicznie co latynoska mentalność. Meandrując pomiędzy kontrastującymi ze sobą krajobrazami, odzwierciedla niejako złożoność tego kontynentu. Jego wielopoziomowość. Jego inność. Orinoko to najbardziej latynoska z rzek. Plasuje się w gronie dwudziestu najdłuższych rzek świata (ma 2730 km i zajmuje 19. pozycję). Jednak to nie długość stanowi o jej sile. Sławę zawdzięcza niezwykłemu krajobrazowi, przez który przepływa. To dzięki niemu Orinoko jest jedną z najsłynniejszych rzek Ameryki Południowej. Wypływa z zachodnich stoków grzbietu Sierra Parima ulokowanym na Wyżynie Gujańskiej, na granicy Brazylii i Wenezueli. Następnie płynie w kierunku najpiękniejszej na południowoamerykańskim lądzie delty....
Stefan Czerniecki
Leży w samym środku dżungli. Opleciona przez konary. Z jednej strony skazana na ciągłą, z góry przegraną walkę z naturą. Z drugiej to właśnie jej zawdzięczająca tytuł jednej z „najbardziej fascynujących świątyń świata”. – Skąd jesteś?– łamaną angielszczyzną pyta mnie na oko może dziesięcioletni chłopiec, który pierwszy z całej grupki nieletnich sprzedawców pamiątek zdołał do mnie podbiec. – Z Polski – odpowiadam z rozbawieniem. By po chwili wyartykułować sylabicznie dla ułatwienia młodocianemu Kambodżaninowi. – Po-land. Po-land. –A... Poland! Capital city: Warsaw – odkrzykuje z dumą malec. To standardowa sztuczka kambodżańskich spryciarzy trudniących się sprzedażą turystycznych pamiątek w tym miejscu. W ukrytym pośród zaborczej dżungli kambodżańskim kompleksie Angkor Thom jest ich...
Stefan Czerniecki
Ciemne i smutne. Ponure i groźne. Z czterdziestoma zamordowanymi każdego tygodnia. A może już nawet i z większą ich liczbą. Przecież ta policyjna statystyka cały czas wzrasta. Miasto pogrążone. Ukryte w cieniu niebezpiecznych dzielnic nędzy i pokrytych gęstymi chmurami wzgórz. Dziś coraz częściej miasto głodnych. Sobota. Luiz, jak co tydzień, jedzie odwiedzić przyjaciółkę mieszkającą na wybrzeżu. Ta sama droga co zwykle. Dwupasmowa, kręta. Zręcznie omijająca okoliczne wzgórza porośnięte groźnie wyglądającymi dzielnicami biedy. Odpowiednikami brazylijskich faveli. Do celu pozostaje jakieś 5 km, gdy zauważa machającego ręką mężczyznę, prosi o pomoc. Obok stoi oparty na lewarku stary, zdezelowany ford. „No tak. Facet nie umie poradzić sobie nawet z prostą wymianą koła” – myśli Luiz i...
Stefan Czerniecki
Czyli jednak istnieją jeszcze takie miejsca! Nietknięte przez turystyczną infrastrukturę. Pocztówkowy raj z dziewiczym piaskiem i rozbujanymi palmami pełnymi kokosów. Inkarnacja dziecięcej fantazji o tajemniczych wyspach tropików z wizją plaży, na której piraci składowali swoje skarby. Chyba nie ma wśród nas nikogo, kto by nie marzył o spędzeniu choćby jednego dnia w idyllicznie wyobrażonym świecie. Świecie, w którym za pejzaż robią: szmaragdowa woda, drobny, biały niczym papier, piasek i cień łagodnie nachylonej palmy kokosowej. Słowem: nadmorski raj. Na wyłączność i bez tłumów. Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że takie miejsce naprawdę istnieje. Nie będzie nim ani tajlandzki Phuket z imprezami techno na plaży, ani meksykański Cancun z tłumami turystów wracających na plażę z...
Stefan Czerniecki
Idący przed kapitanem wyprawy indiański chłopiec trzyma go za rękę. Jest podniecony. Chce iść szybciej, chce coś pokazać. Ale biali przybysze nie są w stanie. Co pewien czas zatem przystają i czekają na resztę. Co rusz ktoś ogląda się za siebie, bo oto usłyszał jakiś syk. Wszyscy patrzą uważnie pod nogi. Nikt nie chce nastąpić na schowanego pod konarem bądź kamieniem węża czy jadowitego pająka. Aż wreszcie coś się zmienia. Muzykę lasu zagłusza nowy odgłos. Wielki, wprowadzający w zakłopotanie szum. Nadal jednak nic nie widać. Dżungla skutecznie broni dostępu do swego skarbca. Gdyby nie odgłosy, nikt by się nie domyślał, że oto za chwilę ma nastąpić jakaś zmiana pejzażu. Że ta dżungla ma mieć w ogóle jakikolwiek koniec. To już nie jest szum. To huk. Tak donośny, że nie słychać nic...
Stefan Czerniecki
Gdzieniegdzie dostrzegam skalne szczeliny. Póki co z łatwością można je przeskoczyć. Gorzej, gdy ich szerokość osiąga ponad metr. Wówczas trzeba szukać ratunku. Tym okazuje się drewniany mostek, a właściwie jego malownicza imitacja. Umocowany na chybotliwych belkach z bambusa musi wytrzymać mój ciężar. Musi… „Jedź do San Isidro” – rzekł Antonio, tajemniczo ściągając brwi, a po chwili zamyślenia powtórzył raz jeszcze: „Jedź do San Isidro, a nie pożałujesz. Tam jest inaczej. Zobaczysz”. Chwilkę temu rozpocząłem z nim rozmowę o jego ojczyźnie. O Argentynie. O miejscach niedotkniętych falą komercji. Gdzie jeszcze można pobyć sam na sam z naturą. Gdzie nadal jest prawdziwie. Gdzie w lokalnym sklepiku pani ekspedientce na widok białych przybyszów z plecakami nie zaświecą się oczy. Gdzie...
Stefan Czerniecki
Nie będę ukrywał. To dla mnie trudny tekst. Pisanie tuż po stracie rodaka zaginionego gdzieś tam w okolicach 7200 metrów n.p.m., pozostawionego w lodowej szczelinie, otulonego w śpiwór przyjaciółki, mającego odmrożoną twarz i kończyny, umierającego, nie jest rzeczą prostą. To prawdopodobnie najbardziej medialny temat tej zimy. I pewnie każdy z nas ma zarówno o tej wyprawie, jak i sensowności całego polskiego programu himalaizmu zimowego, swoje zdanie. Ja również. Ale o tym później. Fakty są takie. Tomasz Mackiewicz kochał góry i chciał po nich chodzić. Był w tym niezły. Za trawers ściany Mount Logan w Kanadzie otrzymał nawet Kolosa – najbardziej prestiżową nagrodę w polskim światku podróżniczym. To jednak nie wyczerpało jego marzeń. Śnił o Nanga Parbat. To dla niej przemierzał pół...
Stefan Czerniecki
W powietrzu przyjemna woń wilgoci. Nie wiem, czy to znad Mekongu, do którego jest raptem kilkaset metrów, czy raczej z nieodległego lasu deszczowego. A może zapach dochodzi z tych dwóch kierunków? Niedawno przeszła ulewa. Ostały się jeszcze po niej szerokie kałuże po obu stronach wąskiej jezdni. Chlup! To trzykołowy tuk-tuk wpadł w małe bajorko, które zrobiło się w niecce jezdni. Kierowca nawet się nie zatrzymuje. Siedzącemu na tylnej kanapie pewnie się spieszy. Jadą w kierunku centrum miasteczka. Ja też tam się udaję, ale piechotką. Większość zabudowań laotańskiego Luang Prabang (Louangphrabang) zawiera się w kwadracie dwa na dwa kilometry. Po jej centralnej części dobrze jest się przejść z lekko zmrużonymi oczyma. Wtedy rzeczywiście – gdy nie będziemy zwracać zanadto uwagi na...
Stefan Czerniecki
Na zewnątrz ciemno. Dopiero czwarta nad ranem. Wjeżdżamy na puste ulice Zakopanego. Nad aleją 3 Maja migają jeszcze świąteczne girlandy. O ile na trasie popadywał deszcz, tu nie ma już po nim śladu. Tutaj sypie biały puch. Piaskarki nie zdążyły jeszcze wyjechać. Mkniemy po nieodśnieżonych ulicach. Nie widać nikogo. Ciemne niebo. Białe dachy. Gdzieniegdzie snuje się ulatujący z komina dym. Robi się mistycznie. Skrzypiące o śnieg koła naszego auta wpadają na Drogę Oswalda Balzera. Kończy się światło latarni. Trzeba włączyć długie. Dopiero teraz, pokonując kolejne wspinające się coraz wyżej meandry szosy, widać, że regiel dolny jest przepięknie pokryty białym puchem. Jest nieziemsko. Smugi naszych reflektorów rozświetlają opadające na drogę płatki śniegu. Ślad samochodowego światła...
Stefan Czerniecki
Kiedyś zastanawiałem się, czy chciałbym spędzić Święta Bożego Narodzenia tutaj, w Betlejem. W miejscu, gdzie wszystko się zaczęło. Dziś wiem. Nie chciałbym. Ten mur przeraża. Ten mur oddziela. Ten mur segreguje. Ale ten mur także zabezpiecza. Porządkuje. Stawia jasne granice. „W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie. Pierwszy ten spis odbył się wówczas, gdy wielkorządcą Syrii był Kwiryniusz. Wybierali się więc wszyscy, aby się dać zapisać, każdy do swego miasta. Udał się także Józef z Galilei, z miasta Nazaret, do Judei, do miasta Dawidowego, zwanego Betlejem, ponieważ pochodził z domu i rodu Dawida, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna” (Łk, 2:1–5). Jest już przed dwudziestą. Od...
Stefan Czerniecki
Nie trzeba być milionerem, by poczuć, jak smakuje egzotyczny świat podwodnego Ekwadoru, jednego z piękniejszych wybrzeży Ameryki Południowej. Podobnie jak nie trzeba od razu wydawać 800 dolarów i lecieć na słynne Galapagos. Gdy przybędziemy na lotnisko największego miasta Ekwadoru, Guayaquil, z pewnością szybko zaczepi nas głośny Latynos. Chłopak uganiający się od jednego turysty do drugiego. W czapce z daszkiem i z garścią kolorowych ulotek w dłoni. Jeśli u słuchacza pojawi się najmniejszy objaw zainteresowania, marny jego los. – Hola amigo, specjalnie dla ciebie! Doskonale wiem, po co tu przyjechałeś! – krzyczy, wciskając ulotkę przedstawiającą leniwe żółwie na tle powulkanicznego krajobrazu. – Że jak, przepraszam? – mówi nieco skołowany turysta. – Nie, nie… Dziękuję... –...
Stefan Czerniecki
Corrida jest tu wpisana w codzienną rozrywkę. Dla niej pracownik otrzyma urlop od szefa. Mało tego ‒ szef chętnie sam się przejdzie. Na ulicach Quito poruszenie. Odczuwalne już w mknącym przez miasto niebieskim autobusie. Na pokładzie podstarzałego wehikułu z mocno rozkręconą klimatyzacją większość wesołych panów. Jadą przez mieszkalną dzielnicę Inaquito w kierunku El Inca, by po drodze minąć potężny, owalny plac. To Plaza de Toros, po polsku „Plac Byków”. Na przystanku wysiada większość pasażerów. Idę za nimi. Dobrze wiem, gdzie wszyscy się kierują. Dziś w stolicy Ekwadoru przecież wielkie święto. Oto mamy corridę! Jest jedną z trzech znanych na całym świecie, obok hiszpańskiej i portugalskiej. W Portugalii nazywają ją wprawdzie „tourada” i nie zabijają byków na arenie. Poza tym...
Stefan Czerniecki
Są takie chwile, gdy spoglądasz w swoje życie i stwierdzasz, że „to było naprawdę dobre”. Nawet gdy wtedy kląłeś pod nosem, że zaraz pewnie umrzesz z wyczerpania. „Owszem, takie były założenia wyprawy. Miało być ciężko. Miało być trudno. Ale nie aż tak!” – myśli przewijają się przez głowę. Z czasem nawet i one ustaną. Na pewnej wysokości po prostu i z logicznym myśleniem pojawiają się kłopoty. Wszystko przez brak tlenu... Wybraliśmy się we dwóch w Himalaje. Tata i ja. On – taternik. Ja – nieopierzony synalek. Ten od logistyki i map. Dziś nie wiem, który z nas miał trudniejsze zadanie. On z rozbijaniem namiotu na zamarzniętym lodowcu przy trzaskającym mrozie czy może ja, analizujący posplatane izohipsy na fatalnej nepalskiej mapie. Kartograf nawet nie zarejestrował, że szlak idzie...
Stefan Czerniecki
Bez tych murowanych łuków okolica nie wyglądałaby już tak zjawiskowo. To trochę jak z obrazem. Bez czegoś, co przykuje uwagę, co zniszczy ład i spokój tła, malowidło staje się jakby „za grzeczne”. Patrzę w dół. Ciarki przechodzą po plecach. Stoję wyżej, niż sięgają korony okolicznych drzew. Mosty przewyższają dziesięciopiętrowy wieżowiec. Stąd widać nie tylko ciągnący się po horyzont krajobraz, lecz także to, co znajduje się pod naszymi stopami. Gdzieś tam słychać szum ledwo dostrzegalnego strumyka. To niewielka rzeczka Błędzianka. Aby ją usłyszeć, trzeba się chwilę skupić. Odczekać, aż miną nas zwiedzający – choć tych nie ma znowu tak wiele. Na wiadukcie każdy znajduje miejsce tylko dla siebie. To jest ten czas. Teraz go słychać. Szum strumyka dociera właśnie na 36. metr...
Stefan Czerniecki
Pod względem wielkości to druga – po Grenlandii – wyspa świata. Raj dla etnologów, raj dla socjologów. Niezgłębione pole do popisu dla badaczy języków. A także dla ludzi Kościoła. Wysuszona ziemia pęka gdzieniegdzie. Gleba jest naprawdę twarda i sucha. – W Papui to niepodobne! Tutaj leje zwykle całymi dniami. A teraz deszczu jest tyle co kot napłakał. To chyba specjalnie dla ciebie, byś miał lepsze zdjęcia – śmieje się ojciec Bogdan. To michalita. Pracuje w Papui już od 40 lat. Traktuje tę ziemię jak własny dom. Ludzie go kochają. Wystarczy przejść się z nim po kilku chatach i zobaczyć, jak reagują na jego widok mieszkańcy. Wioska Rukus należy do jego parafii. – Father, father! – woła z daleko bezzębna kobiecina. Biegnie z pola. Ojciec Bogdan odmachuje przyjaźnie. Za kilka chwil...
Stefan Czerniecki
– Idzie deszcz… – cedzi przez zęby Joaquín. Robi to na tyle leniwie, że ledwie słyszę, co mówi. – Mówisz o tych nadciągających chmurach? – Tak. Pora deszczowa. Zacznie się lada dzień. Jeśli chcesz iść w góry, dziś jest ostatni dzwonek – mamrocze, nie patrząc mi w oczy. – Zresztą, prędzej czy później i tak cię dorwie. Na całe szczęście to tylko deszcz. Od tego się jeszcze nie umiera. Gorzej z ludźmi. Ci potrafią wyrządzić krzywdę. Wiedzą coś o tym te góry. To Cordillera Huayhuash. Przez lata nazywana „Kordylierą Śmierci”. Był sierpień 2002 r. Nad szczytem Sarapo pojawiły się pierwsze oznaki porannego brzasku. Łagodny wiatr budził przybój na jeziorze Sarapococha. Sielską atmosferę górskiego poranka burzył jedynie jakiś ciemny przedmiot. Ustawicznie rozbijały się o niego kolejne...
Stefan Czerniecki
Jezioro Białe Augustowskie to bez wątpienia perełka na poplamionej niebieskimi oczkami mapie północno-wschodniej Polski. Lodowiec zostawił nam tu przepyszny rarytas. Przepyszny zwłaszcza na upalne wakacje. – Najcudowniejsze są tutaj zachody słońca – rozmarza się Janek. – Kiedyś była tu drewniana kładka. Ale komuś z tubylców chyba się nie spodobało, że miejsce staje się nazbyt popularne i któregoś roku przyjeżdżamy, a kładki nie ma. Ale zachody pozostały te same. Choć podziwiane już nie z kładki, lecz z nadbrzeżnej polany. – To moja ulubiona plaża – wtrąca Wojtek. – Piaszczysty brzeg. Długie i łagodne wejście. Taki szelf. Możesz iść i iść… Woda ciągle sięga do kolan. Głęboko zaczyna się robić dopiero po kilkudziesięciu metrach. – Najfajniej to się tu wbiega – dodaje wreszcie...
Stefan Czerniecki
Kobieta sprzedaje daktyle, orzechy, migdały. Sporo ma tego na straganie. Dopóki jednak nie zobaczy na centralnym placu turystów, będzie siedzieć spokojnie pod dużym parasolem. Kobieta ożywi się dopiero, gdy pojawią się ludzie. Najlepiej, kiedy cała grupa przyjdzie obejrzeć klif. Wtedy muszą minąć jej stragan. Innej drogi nie ma. Wówczas wstaje z krzesła, aby spragnieni zdjęć turyści mogli zobaczyć, ile to dziś spódnic włożyła na siebie. Gdy kobieta podnosi coś z ziemi, jeden z turystów dyskretnie nachyla się. – Siedmiu chyba nie ma – mówi półszeptem do towarzyszącej mu żony. Faktycznie. Mało która ze stojących nad nazareńskim klifem kobiet ma dziś na sobie siedem spódnic. Ale dwie, trzy to już standard. Kobiety to żony rybaków. Przynajmniej za takie się podają. Wierne tradycji,...
Stefan Czerniecki
Lipiec 2001 r. zapisał się w pamięci mieszkańców południowej Polski dość traumatycznie. Padało już od kilku dni. Chmury nadchodziły jedna za drugą. Było jasne, że oto przed nami kolejna wizja walki z bezlitosnym żywiołem. Że trzeba będzie znów zakasać rękawy. Mieszkańcom Targowej było tym bardziej nie do śmiechu. Zaledwie rzut kamieniem od ich ulicy płynie przecież Wieprz. I faktycznie. Gleba podmywana to przez rzekę, to przez ciągłe opady, wreszcie nie wytrzymała. Woda wyrządziła jednak nie tylko szkody. Zapadnięty chodnik odkrył schowany pod nim tajemniczy tunel. Podziemny korytarz prowadził dalej, pod jezdnią, w kierunku budynku Urzędu Miejskiego. To jednak nie koniec niespodzianek. Co starsi mieszkańcy dobrze wiedzą, że ich miasto to kopalnia tajemnic, jeśli idzie o podziemne...
Stefan Czerniecki
Kąty Rybackie. Nawet ładna nazwa. Taka zgrabna i o niezwykłej wymowie. W życiu bym się nie spodziewał, że może tak namacalnie oddawać rzeczywistość tej liczącej ledwie siedmiuset mieszkańców osady. Gdy spojrzymy na mapę w nieco mniejszej skali – takiej obejmującej cały Zalew Wiślany – szybko zrozumiemy, co miał na myśli nadający jej nazwę. I raczej nie był to angielski kupiec Wilhelm Ramsey: ten sam, który jeszcze w 1680 r. wbił palik pod pierwszy historyczny dworek tutejszej osady. Kąty Rybackie. Takiej nazwy Anglik by nie wymyślił. To musiał być ktoś „nasz”. W dodatku z wizją oraz z prawdziwym poczuciem humoru. Gdy wrócimy do mapy, zobaczymy wioskę wciśniętą w północno-zachodni narożnik wielkiego Zalewu Wiślanego. Leży w maleńkiej zatoczce, tworzącej jakby oddzielny, najbardziej...
Stefan Czerniecki
Podświadomie czuję, że nasz kraj obfituje w setki takich miejsc. Bywa, że ich odkrycie – często zupełnie przypadkowe – stanie się kluczem całej naszej eskapady. Trzask drzwi i autobus rusza dalej. Jeszcze przez chwilę słyszę głośny warkot jego silnika. Po chwili nawet i on ustaje. Opanowuje mnie dziwne uczucie. Oto zostałem sam na przystanku pośrodku miejscowości, której nazwy – o zgrozo! – nawet nie pamiętam. Nie to miejsce miało być celem mojej wędrówki po Zachodniopomorskiem. Miała tym być raczej Odra. Słynna, wielka, wylewna. Płynąca w tej okolicy już dwoma korytami. Odrę jednak zna chyba każdy. – To wszystko jest takie oklepane. Banalne – mieszkający tu od urodzenia Przemek nie był zachwycony moją wizją zwiedzania jego ziemi, w której główną rolę odgrywała właśnie druga co do...
Stefan Czerniecki
Wieczorem robi się tu naprawdę zimno. I raczej nie powinno to dziwić. W końcu jesteśmy na wysokości prawie 4000 m n.p.m. Gdy przyzwyczajony do nizin Europejczyk ląduje na położonym 5 kilometrów od miasta lotnisku Capitán Nicolás Rojas, ma pełne prawo poczuć się dziwnie. Spacer szybkim krokiem wzdłuż pnącej się w górę w kierunku starówki uliczki Coloradasde Bolivia sprawi, że po kilku susach będzie musiał przystanąć, aby złapać haust powietrza. Tutaj naprawdę ciężko się oddycha. Potosi, południowa Boliwia. Najwyżej położone miasto świata, zamieszkane przez przeszło 130 tys. Indian, w większości potomków dzielnych górników. Tych samych, dzięki którym o boliwijskim miasteczku stało się głośno na całym kontynencie. To przecież stąd na przełomie XIX i XX w. startowały wyładowane po...
Stefan Czerniecki
Nie trzeba jechać do dalekiej Ameryki Południowej ani na Filipiny, aby przekonać się o swego rodzaju egzotyce regionalnych zwyczajów okołowielkanocnych. U nas bowiem również jest ciekawie. W meksykańskiej dzielnicy Iztapalapa w Wielki Piątek wyrusza prawdopodobnie największa Droga Krzyżowa na świecie. Bywa, że gromadzi nawet milion pątników. Część z nich idzie z własnymi krzyżami. Niektórzy boso. Niektórzy z kłującymi roślinami, aby bardziej bolało. Część polewa się krwią zabitych zwierząt. Z kolei w brazylijskim Município de Brejo da Madre de Deus rozpoczyna się właśnie jedna z największych inscenizacji Męki Pańskiej, z udziałem kilkuset aktorów. W specjalnie na ten cel wybudowanym miasteczku – kopii starożytnej Jerozolimy. Na Filipinach kilkudziesięciu mężczyzn pozwoli się po raz...
Stefan Czerniecki
– Abba! Abba! – wykrzykuje pięcioletni chłopczyk. Na głowie ma czarny kapelusik. Spod cylindra wystają wciąż jeszcze króciutkie, ciemne pejsy. Inteligentne piwne oczy bacznie lustrują otocznie. Chłopiec od kilkunastu sekund w panice biega między straganami. Najwidoczniej się zgubił. Szuka ojca. – Efo ata (Gdzie jesteś – hebr.)? Abba… Wreszcie do malca podbiega jakiś mężczyzna. Ciemnogranatowe spodnie, czarna marynarka. I podobnie jak u chłopca, ciemny kapelusz przysłaniający brwi. Z tą tylko różnicą, że pejsy mężczyzny są już znacznie dłuższe niż synka. Bierze chłopca w ramiona. Są już razem. Wczoraj, dwa dni po moim przybyciu do Izraela, w jednej z bram Jerozolimy muzułmanin zabił nożem ortodoksyjnego Żyda. Następnego dnia w gazetach pojawiły się tylko krótkie notki o zdarzeniu. Do...

Pages