Krajobraz po impeachmencie. Trump nie powiedział ostatniego słowa

FOT. AA/ABACA/PAP
FOT. AA/ABACA/PAP

ŚWIAT [USA, Donald Trump, Partia Republikańska, impeachment]

Nieudana, druga już procedura impeachmentu wobec Donalda Trumpa może sprawić, że były prezydent nabierze wiatru w żagle. Pierwszą przeszkodą, którą musi pokonać, jest sceptycyzm po stronie możnych Partii Republikańskiej (GOP), z których wielu uważa, że bez Trumpa czeka ją pewniejsza przyszłość.

Skazanie byłego prezydenta w Senacie nigdy tak naprawdę nie było prawdopodobne. Nie zmienia to jednak faktu, że demokraci zrobili wszystko, by swoją niezłą pozycję wyjściową koncertowo popsuć. Choć zdecydowana większość Amerykanów była oburzona wydarzeniami 6 stycznia na Kapitolu, to jednocześnie oskarżyciele Trumpa sprawiali wrażenie ludzi, którzy kompletnie nie dorośli do roli, w której zostali postawieni, traktując ekstraordynaryjną procedurę konstytucyjną jako szansę na kolejny występ przed kamerami. Trump nie mógł w tym wszystkim wypaść dobrze, lecz jego obrońcy zadbali o to, by ukazać jego oskarżycieli jako hipokrytów, którzy chcą zmienić zasady gry i pogwałcić prawne normy, by w końcu dorwać swoje polityczne nemezis.

Spartaczone królobójstwo

Trzeba by naprawdę nienawidzić byłego prezydenta Donalda Trumpa, by uznać, że procedura impeachmentu demokratom się udała. I nie chodzi tu wcale o to, że nie zdołano uzyskać wyroku skazującego – na to szanse były i tak niewielkie. Ale poza tym, że za skazaniem Trumpa zagłosowało siedmiu republikańskich senatorów (w przypadku pierwszego impeachmentu zagłosował tylko jeden – Mitt Romney), niewiele zysków można zobaczyć w teatrze, który urządzili menedżerowie impeachmentu z Izby Reprezentantów podczas procesu w Senacie. Przypomniano amerykańskiej opinii publicznej przerażające sceny ze szturmu na Kapitol i, mówiąc eufemistycznie, niezbyt prezydenckie tweety i wypowiedzi Trumpa, ale przecież to wszystko było już publiczne, to wszyscy już widzieli. Demokraci w praktyce nie dodali do tego nic nowego. W efekcie mieliśmy do czynienia z próbą dramatycznej rekonstrukcji wydarzeń i atmosfery z 6 stycznia, tyle że w wykonaniu trochę mniej popularnych aktorów, przez co całość generowała już dużo mniejsze emocje niż oryginał. 

Demokraci w tej procedurze popełnili wiele błędów, ale jeden był fundamentalny i ostatecznie doprowadził do rozpadu całej konstrukcji. W pierwszych dniach po 6 stycznia, gdy myślano jeszcze o zastosowaniu XXV poprawki do Konstytucji, impeachment miał być narzędziem do jak najszybszego usunięcia Trumpa z urzędu, nawet na kilka dni przed inauguracją Bidena. Dlatego bez zbędnych debat, śledztw i przesłuchiwania świadków przepchnięto artykuły impeachmentu przez Izbę Reprezentantów. Jednak zdążenie przed 20 stycznia z dokończeniem procedury w Senacie, znajdującym się wtedy jeszcze pod kontrolą Mitcha McConnella, zawsze było mrzonką. Tym bardziej że Nancy Pelosi, z trudnych do wyjaśnienia przyczyn, czekała na przesłanie artykułów do Senatu całe pięć dni! W efekcie procedurę trzeba było dokończyć, gdy Donald Trump był już byłym prezydentem, a jedyną karą, jaką można było na niego w tym momencie nałożyć, był zakaz sprawowania urzędów w przyszłości. A skoro Trump nie jest już prezydentem, to jak uzasadnić pośpiech w jego procesie? W efekcie byliśmy świadkami sytuacji, w której rewolucyjny trybunał, którego zadaniem było szybko wydać wyrok śmierci, miał stać się nagle komisją śledczą do skrupulatnego ustalenia wszystkich faktów. 

Choć reguły sztuki prawniczej nakazywałyby przesłuchanie świadków, wprowadzenie nowych dowodów i na przykład ustalenie tego, czy Trump rzeczywiście lekceważył wydarzenia na Kapitolu, to demokraci nie byli w stanie tego zrobić. Wiedzieli, że we wstrząsanej kryzysami Ameryce nie ma wielkiej tolerancji na wielotygodniowy proces byłego prezydenta. Szczególnie że Senat nie mógłby się w tym czasie zajmować innymi ważnym kwestiami, zatwierdzaniem nominacji do gabinetu Bidena i na przykład legislacją pomocową związaną z pandemią. Dlatego gdy pod koniec procesu menedżerowie impeachmentu myśleli o przesłuchaniu świadka, bardzo szybko się z tego pomysłu wycofali, gdy obrońcy Trumpa sprytnie zagrozili, że sami wezwą nawet 100 świadków, co wydłużyłoby procedurę w nieskończoność. 

Na spalonej pozycji

Demokraci są mocno krytykowani także w mediach lewicowych za to, że zarzut, który postawili Trumpowi w Senacie, nie był najmądrzejszym wykorzystaniem dostępnego materiału dowodowego. Były prezydent został oskarżony o „podżeganie do przemocy”, które jest przestępstwem w amerykańskim Kodeksie karnym. Problem polega jednak na tym, że w związku z zabezpieczeniami, które zapewnia obywatelom, a szczególnie demokratycznie wybranym politykom, I poprawka do Konstytucji, udowodnienie komukolwiek podżegania jest niezwykle trudne. Zauważył to na przykład komentator „The New York Times”. „Jeśli celem procedury było uzyskanie wyroku skazującego i dyskwalifikacji ze sprawowania urzędów w przyszłości, a nie tylko polityczny teatr, Izba powinna stworzyć bardziej ogólne i mniej legalistyczne zarzuty”. Skupienie się na „podżeganiu” sprawiło, że prezentacja demokratów wypadła niezwykle blado. Obrońcy Trumpa nie tylko odwołali się do spójnej i twardej tradycji konstytucyjnej dotyczącej ochrony wolności słowa w polityce. Pokazali też, że słowa, które miały najsilniej świadczyć o winie Trumpa – „musimy walczyć jak cholera” („fight like hell”) – były dziesiątki razy wypowiadane przez prominentnych demokratów, w tym obecnego prezydenta i wiceprezydent. 

Gracz kontra wojownik

Jeszcze nie opadł kurz po senackim głosowaniu, a już rozpoczęło się na dobre starcie, na które zanosiło się od dłuższego czasu. Lider mniejszości senackiej i – w sytuacji panującego w GOP bezkrólewia – osoba najbliższa władzy w partii, Mitch McConnell, skrytykował Trumpa w Senacie, mimo że chwilę wcześniej głosował za jego uniewinnieniem. Jakiś czas później, na łamach „The Wall Street Journal”, McConnell opublikował tekst pod mówiącym wszystko tytułem „Uniewinnienie było zwycięstwem Konstytucji, a nie Trumpa”. W tekście McConnell pisze m.in.: „Nie ma wątpliwości co do tego, że były prezydent Trump ponosi moralną odpowiedzialność. Jego zwolennicy szturmowali Kapitol przez odklejone od rzeczywistości fałsze, które wykrzyczał do największego megafonu świata. Jego zachowanie w czasie trwania chaosu i po nim także było pozbawione skrupułów, przez atakowanie wiceprezydenta Pence’a podczas zamieszek i chwalenie przestępców po tym, jak się one zakończyły”. Na odpowiedź Trumpa nie trzeba było długo czekać. „Mitch jest posępnym, markotnym i nieuśmiechającym się politycznym pozorantem i jeśli republikańscy senatorzy z nim zostaną, to nigdy już niczego nie wygrają (...). Partia Republikańska nie będzie już nigdy szanowana ani silna z politycznymi »liderami« takimi jak senator McConnell na jej czele” – stwierdzał Trump, już nie na zablokowanym koncie twitterowym, lecz w wydanym oświadczeniu. 

W partii ciągle sporo jest takich, którzy uważają, że wobec agresji lewicy, która wręcz dąży do tego, by wszystkie przejawy konserwatyzmu stłamsić już w zarodku, tylko taki twardy wojownik jak były prezydent ma szansę na doprowadzenie GOP do zwycięstwa. Do tego obozu zalicza się m.in. wpływowy senator Lindsay Graham. Sam Trump wydaje się odłożył na półkę pomysł stworzenia trzeciej partii, który byłby gwoździem do trumny ruchu konserwatywnego. Były prezydent podkreśla, że chce być aktywny w procesie odzyskiwania Kongresu przez GOP już w najbliższych wyborach, czyli w 2022 roku. McConnell zaś, pomimo potępienia zachowania Trumpa z 6 stycznia, nie wykluczył, że Trump może odegrać konstruktywną rolę w procesie wyboru i wspierania republikańskich kandydatów do Kongresu. 

Odpowiedź na pytanie: „GOP z Trumpem czy bez?” – naprawdę nie jest łatwa. Nie wiadomo, jak praktycznie miałoby wyglądać takie rozstanie i wielu, znając temperament byłego prezydenta, obawia się, że nawet nieśmiałe próby w tym kierunku mogą rozsadzić partię od środka. Przeciwnicy trumpizmu wskazują jednak, że Trump nie tylko w niespotykany sposób mobilizuje swoich zwolenników, ma też zdolność do mobilizowania ogromnego elektoratu negatywnego i ma pewnie niemałą zasługę w rekordowym wyniku dla kandydata, który wzbudzał entuzjazm tylko wśród najbardziej zagorzałych zwolenników demokratów. Jest też kolejny argument. Wszystko wskazuje na to, że Joe Biden będzie najbardziej progresywnym prezydentem w historii. Wprowadzanie skrajnych rozwiązań ideologicznych, podejście do imigracji, które może wywołać kolejny potężny kryzys uchodźczy w USA – to wszystko oznacza, że zawiedzeni wyborcy Bidena, z których spora część głosowała na niego z myślą o powrocie do normalności, mogą szukać politycznej oferty, która nie będzie obiecywała kolejnej rewolucji, lecz spokój i rozsądek. A tę ofertę w sposób bardziej wiarygodny może przedstawić mainstream Partii Republikańskiej niż Donald Trump.

     

Kup subskrypcję, aby mieć dostęp do wszystkich tekstów www.gazetapolska.pl

Masz już subskrypcję? Zaloguj się

* Masz pytania odnośnie subskrypcji? Napisz do nas prenumerata@gazetapolska.pl

W tym numerze